Obłędnik spojrzał w górę i kiwnął Orłowi na dzień dobry głową. Znali się... dobrze się znali...
Wyjął, co skrywał i podnosząc rzecz błyszczącą, zawołał:
— To... z samego... dna... z sa-me-go dna...
— Skarb?
— Nienazwany żadnym imieniem... przeto nie będą wierzyć, ale skarb. Ja wiem.
— Więc im go nazwij!
Ruszył ramionami i uśmiechnął się wzgardliwie...
— NAZYWAJĄCY jeszcze śpi... ty sam wiesz... SĘDZIA WARTOŚCI NOWYCH jeszcze się nie narodził... nazywać nie można, bo w szkło się zmieni każda perła z samego dna dobyta...
Patrzył na rzecz trzymaną w ręku i kiwał smutnie głową. Potem westchnąwszy, rzekł:
— Ot i koniec, rzekłem szkło... i stało się szkło... Nie pora spoczywać...