Pękła.
Drugi strzał.
Siecią srebrnych pęknięć pokryły się niebiosy, a tam, gdzie, zda się, padł pocisk tonu, na wschodnim skłonie firmamentu, złota rozlała się krew.
Ścichło znów.
Bije dzwon. Kręgi się podnoszą wirujące szybko. Wichr je podtrzymuje w locie. Płoszą rozpędem czarniawe zbite, kry-chmury.
Uciekają, tłoczą się, jak z owczarni wypędzane przez psa czarne barany. Zbijają się we wał14 na zachodzie, potem toną w jakimś przepastnym, dalekim morzu.
Wtem nagle człek pod progiem czekający, okryty od zimna sztandarem z wieży... podniósł na światło coś błyszczącego, a Bóg-Orzeł spojrzał z góry. Pochylił się na potężnych, nieruchomych skrzydłach i spytał:
— Cóż to masz?
Człek drgnął. Trwożnie obejrzał się wokoło i schował w zanadrze rzecz trzymaną w ręku.
— Nie bój się! To ja — krzyknął mu spod gwiazd wszystkowiedzący.