Zamotały się w tę falę słowa mówcy, pokryty został szeleszczący odgłos zmieszanych w dyskusji wyrazów i w chwili, kiedy na złotym świeczniku pierwsze zamigotały promienie światła, poprzez mury wtargnął akord śpiewu chóralnego, rozbrzmiewającego z wielu piersi.
Głowy się podniosły, ujrzano zjawisko. Zapanowała śmiertelna cisza.
I w ciszy tej nagłej, jak spóźnione w rozpędzie łodzie wyleciały na brzeg już po cofnięciu się fali, ostatnie słowa oskarżyciela.
A śpiew i jasność rosły i rosły.
Szła powódź rozśpiewanego światła, jakaś rzeka pozaziemska, przerwawszy groble przez Opatrzność założone, płynęła tutaj do podziemnej sali, groźna, strasząc, oniemiając. „O Panie! — brzmiało — O Panie
Kędyż posyłasz nas, wichry swoje?
Kędyż na wielki bój płyniemy oto duchy ducha niosące drogą przeznaczeń, niepisanych nawet we snach duszy człowieczej...”
Zakratowanymi oknami lała się światłość rażąca, mocna, jakby gęsta.
Powódź przybrała kształty tak realne, tak namacalne, że kapłani stali w śmiertelnej cichości zesztywniali, półmartwi.
Pieśń wypełniła salę, posadzkę zalewało światło, pryskając po ścianach, odbijając się od płaszczyzn, tworząc w wąwozach siklawy77.