Nie było ujścia.
Znikły już od jasności kontury sprzętów, zatonęły ich kształty.
A ponad rozpalonym płynem, niby słupy lagunów wbite kędyś we dno, tkwiły ludzkie, zwęglone strachem postacie.
I nagle puściły w osadzie kraty okien.
Wszystko jakby zastygło na chwilę, a na toni jasnej nagle zjawił się on, Istagogos.
Patrzący dojrzeli, jak podniósł ręce i usłyszeli głos, który mówił:
— Zbudźcie się!
Drgnęli wszyscy i uczuli ból wielki, jakby ich z martwych wyrwał na moment życia.
— Zbudźcie się i słuchajcie! Nie moją jest owa światłość, w której przychodzę, jeno Pańska, na świadectwo światu ujawniona i na uskromienie błędu! Daremneście tu słowa miotali, daremnie!
Nie przyszedłem zacierać ścieżyn Pańskich, ale całować każde odbicie jego stopy, wyciśnięte niezatarcie na ziemi i utrwalić je jeszcze łzami serca.