Mignęła w przedpokoju suknia.
— Mańka! — wołam. — A kiedyż się tam wyguzdracie?
— Zaraz, zaraz... Hej! Stefa! Józek! Drucha!...
— Jak to? Wszyscy?
Zły jestem. Przecież to nie do darowania zamęczać konie! Przy tym, to moje... te kuce... wyłącznie moje.
Ale spaśne są, więc po chwili przychodzę do przekonania, że im nic nie będzie.
— Wawrzon! — wołam.
Psiadusza! Pewnie dopiero czyści buty... Nie będzie z niego nigdy dobry furman... co nie, to nie...
Rozkoszny mnie oblewa wiatr. Idę oczyma po linii topoli, aż tam do gnącego się we wietrze wierzchołka.
Cudna jest. Szemrze. Pachnie! A ten krąg żywopłotu... Jak się dziś rysuje elipsą ciętych krzaków!...