Idzie Wawrzon. Nie patrzę, a wiem, że dociąga paska. To robi zawsze na ostatku. Nie do gniewu mi zresztą. Patrzę na szyby ganku... liczę je... Błyszczą... jak błyszczą... Wiem, tam za nimi, gdzieś w głębi, głowy drogie, kochane, cudne przez to, że takie kochane... Są. To dość... nie umiem im powiedzieć nic nad podziękę, że są... ale zdaje mi się... rozumieją. Ot kochani...

— No, będzie tam raz?! — wołam w nagłej pasji. — Idź Wawrzon i powiedz!...

Waha się i spoza moich pleców mówi:

— A... naręcznemu klapie lewa podkowa...

— Co?... Do kroćset diabłów!... A czemużeś... Cóż robi Antoni... ha?

— Poszedł do kościoła... że to niby niedziela... W mieście się przybije... dojdą... dojdą... mówię tylko zawczasu, żeby się pan nie gniewał...

— Cymbale jakiś! — wołam. Ale on wie, że to tak z obowiązku, więc nic z tego sobie nie robi.

Przekonany, że tak jest, milknę i ja... Nie, to nie do wytrzymania!

— Mańka! Mańkaaaa!

— Nie krzycz! Adaś nie krzycz! Wstydź się!