— No, dość kiepskich imitacji Apokalipsy — rzucił żartem. — Pa!

Znikł w zaułku ciasnej uliczki miasteczka.

— Te smarkacze, pewnie zapomną o mszy. Zapomniałam im powiedzieć, by poszli bodaj na chwilę do kościółka w Jedlnej. Szkoda, ciotce to zrobi przykrość.

— Czy sądzisz, że im to dobrze robi takie udawanie?

— Niech udają. Może się zjawić dnia pewnego potrzeba...

— Albo rutyna.

Nie odpowiedziała nic, jak zwykle natrafiwszy na opór.

Wózek podskakiwał po haniebnym bruku. Błoto pryskało wysoko. Mańka otulała się skórzanym fartuchem, jak mogła.

Ochoczo dość i z niejaką fantazją wpakowaliśmy się do okropnej, cuchnącej sieni zajezdnej. Przeciąg tu był nie do zniesienia, więc skróciwszy do ostatecznych granic powitania ze Szlomą, wyszedłem na rynek z Mańką.

Różnymi mienił się barwami, bo słońce świeciło jasno.