Tłumy były gęste, zwłaszcza w wąskim przesmyku wiodącym do drzwi kościelnych.

— Popatrz no tam! — wykrzyknęła Mańka.

— Przez tłum przeciskała się zakonnica w czarno-brązowym habicie.

— To i cóż! — odparłem. — Jakaś felicjanka. Pewnie ze szpitala.

— To Wanda... Pamiętasz Wandę... ma już kwef.... to dziwne spotkanie. Chodź, przedstawię cię, przypomnę raczej. Chcesz?

— Nie! Idź sama. Spotkamy się przy wyjściu. Wówczas mnie przedstawisz.

Skinęła mi głową i znikła w cieniu kamiennej bramy.

*

— Jak to? Już po nabożeństwie? — spytałem dziadka kościelnego zamiatającego podłogę.

— Ma się wi... — i zamiatał dalej. Dziwnie niegrzeczny, pomyślałem sobie. Pewnie mu Mańka zapomniała dać jałmużnę.