Długo nie było nikogo na brzegu. Panowała cisza południowa. Słońce stało w samym niemal zenicie i piekło, słoma zżółkła, szypułki kłosów otwierały się powoli i wyzierały ciekawe główki ziaren. Trawa przygnieciona ciężarem Jaśka powstawała lękliwie, powoli, a konik polny wystraszony ze swego osiedla w zielonej kępce namyślał się, czy można wrócić. Odarte z kory, biedne kloce wierzbowe tkwiły w błocie i żaliły się niebu, wznosząc w górę biedne udręczone głowy, zaś skryte w głębi ziemi małe strumyczki posłane przez rzekę, ryły się przez pulchną, gorącą glebę jak krety.
Woda płynęła wartko. Nie mówiła nic. Czasem tylko jakaś fala rzuciła na brzegu przeciwnym rozsiędzionej91 chacie pogardliwie pod nogi garść namułu.
— Naści masz... naści weź...
— Dobra nasza! dobra nasza!... — śmiała się chałupa i łyskała do słońca oczami okien.
— Naści kamień...
— Dobre i to... panie Kmito... — rechotała.
— Naści drewno zbutwiałe...
— W piecu zetleje całe... ha, ha, ha...
— Naści i zdechłą mysz...
— Przyda się tyż... przyda się tyż...