Pfuj! Na co człowiek schodzi, myśląc...

Korek zapchał się gdzieś we wiklinę, pan komisarz tego nawet nie spostrzegł.

Szum rzeki porywał go w jakieś fantazje, mieszał tok myśli, rzucał nią jak kawałkiem drewna.

Pan komisarz myślał to wolno, to prędzej, ale nic się nie kleiło.

Zatracał się w tej mieszaninie, tonął w tym szumie, z którego coś jakby czasem wypływało, coś dziwnego, nieswojskiego, nie wolnomyślnego... a on nawet nie dziwił się... nie bronił.

Na powierzchni tej zjawiało się raz po raz jedno tylko jasne pojęcie: Urlop... urlop...

Ale i to zjawiało się coraz rzadziej i rzadziej.

Wreszcie zanikło. Pan komisarz przestał być komisarzem... niemal utracił rangę... rzeka go pochłaniała... degradowała do rangi zwyczajnego człowieka... nie, jeszcze niżej... do poziomu poety...

Pan komisarz marzył na jawie.

W takich chwilach wszystko jest możliwe.