Ból go oprzytomnił... Słońce chyliło się do zachodu, nogi się pod nim uginały... ciało osuwało się na ziemię... Klęknął. Potem po krótkiej walce, mimo woli legł, niezdolny się ruszyć.
Patrzył wokoło.
Jakby się zapadł w ogromne jakieś głębie, świat znikł kędyś... przepadł...
Pod stopami pielgrzyma kłębiły się chmury białe, a tylko czasem, gdy wiatr zadął silniejszy, zjawiała się za chmurami skryta, szafirowa dal, w której domyślać się można było gór, rzek, miast i wsi.
Daleko to gdzieś tkwiło wszystko... tak daleko, że zdało się, można było, raz tu doszedłszy... wcale nie brać rzeczy onych w rachubę...
Niedostrzegalnymi stały się troski ziemi, jej radości, przesądy, marzenia... ból... tęsknota nawet.
*
Pielgrzym poszukał na piersiach manierki z wodą.
Gorąca była... nieznośna, pragnienia nie gasiła, goryczy jeno w ustach przymnażając.
Połknął ją ze wstrętem.