Wiatr odsłonił właśnie wielką połać błękitnej dali.
Zarysowało się na tym tle jaśniejszą plamą morze, sino wystąpiły góry... ale i mowy być nie mogło, by dojrzeć coś więcej.
Szczegóły znikły, potonęły jak łódki maleńkie na ogromnym oceanie, a tylko bardzo wprawne oczy mogły śledzić upłaz samej góry, aż do jej podstaw.
Dla wielu, wielu, nieobdarzonych orlim wzrokiem, mimo że poranione stopy wymownie o tym świadczyły, wydać się musiało, że nic wyżu onego z ziemią nie łączy, że unosi się on w przestworzu, niby jej satelita, bliski jeno dlatego, iż mu wiekuiste prawa ciążyć kazały do globu większego...
Pielgrzym patrzył.
Oddychał teraz swobodniej, a głaz jakiś litościwy osłonił mu przed słońcem głowę.
Wszystko zdawało się szeptać:
Spocznij! Spocznij!
Choć chłodniej już było, gorączkę czuł jakąś wewnętrzną... piekło go w piersiach.
A nade wszystko głośniej wołało udręczone ciało: