— Spocznij! Spocznij!

I powieki się spuściły na oczy.

Podniósł je jeszcze raz przemocą.

Chciał się modlić... ale miast tego, spojrzał jeno w stronę, skąd przyszedł.

Błogosławieństwo wyszeptał.

I porwał go sen w objęcia.

Widział się niby znów młodzieńcem na ławie szkolnej.

Na wysokiej katedrze siedział chudy doctor philosophiae z ogromnymi uszami, które odstawały od głowy. Wyliczał na palcach punkty jakiegoś dowodu...

— Po pierwsze......no cóż... ha?

Nikt jakoś nie wiedział, a profesor gniewał się bardzo.