Domki widział w dole niskie, jakby rozpłaszczone... przez komin by zajrzał niemal prosto w garnek...
Pod nogą się głazy chwieją. Powypierały je z oprawy zielska przerozmaite, poruszyły stopy czyjeś...
Ostrożnie... Ostrożnie!
Z dołu, spod nóg dolatuje głos dzwonu.
Świat do snu kołyszą te dzwony. Jakże nisko... Jak nisko zlatać muszą z nieba anioły z wiatykiem, do mrących tam w dole...
Na niczym nie możesz oprzeć dłoni. Skała odbiegła daleko, za dziesiątym krokiem... łańcuch ciężki... Spocznę!
Ale w spoczynku jeszcze trudniej... Nie. Ten gzyms, ten kawał drogi trzeba wziąć rozmachem...
Przeklęty kamień... Śliski gzyms łuku, którego filary niezmierne, wkopane gdzieś na dnie przepaści...
Ach, jakże daleko... Mówili: nie dalej, jak od jednej myśli, do drugiej... tak mówili...
W drogę! W drogę!