Słyszę płacz kobiet tęskny i bezmyślny bek dzieci. Słyszę stąpanie wielu stóp, jakby po wodzie... Czy to nie fala łez przelanych?
Ty, któryś znalazł bliższe ścieżki, witeziu144 nasz... niech się stanie Królestwo Twoje... Niech będzie Wola Twoja... władaj... prowadź... rządź na wieki wieków Amen...
Podnoszę się na palcach, wyciągam się wysoko, posyłam wzrok na ciemń... Gdzieś, tam... na przedzie... On... odkrywca pewnie musi kroczyć na czele tłumów, obwołany królem... Czuję gorący oddech sąsiada.
— Czy sądzisz obywatelu, że tam coś w ogóle zobaczymy? — pyta ktoś szeptem.
— Oczywiście... naturalnie... — zapewniam, cały zasłuchany jeszcze w pieśń.
— Tak? — pyta.
— Hm... to jest... przypuszczam... — powtarzam i czuję, że znów mdleje we mnie światło i radość.
— Przypuszczasz... hm... ano to mało obywatelu... mało... Ale przypuśćmy, że tak jest. Tedy pytam: cóż my tam zobaczymy?
— Ot, nic nie wiedzą! — mówi ktoś za nami.— Mówiłem ci, nie wiedzą zgoła nic. Bo zresztą...
— Dajże spokój! Wszak słyszałeś, jak mówił: oczywiście... naturalnie...