— No to dobrze! Chodźmy...
Zrobiło mu się jakoś dziwnie. Nie miał zaufania. Wolałby iść sam.
— Czeka na mnie ktoś...
— Kobieta?
Milczał.
— Pluń na to, powiadam ci! Pluń! Chodźmy. Ale mówię ci z góry: stamtąd powrotu nie ma. To wiedz wprzód. Ciałem wrócisz, duszą nigdy! Nigdy!
Szarym wstrząsnął dreszcz. Ten człowiek nie był pijany. Wyrwał ramię, które tamten ujął po przyjacielsku.
— Nie. Nie pójdę. Proszę mi tylko powiedzieć, gdzie to jest.
— Wszędzie i nigdzie.
— Nie rozumiem.