— Kochani! — rzucam im cicho, bardzo cicho, by moja banda nie słyszała. Patrzą za nami. Uśmiechają się. Zrozumieli. Ten uśmiech był dla mnie, wyłącznie dla mnie.
I zaraz zapomniałem o gniewie. Świstam. Jak cudnie.
Raz jeszcze się oglądam... nic już nie widać.
Zakryły ich lipy, zakryła stojąca pośród nich kaplica...
Ale słyszę, jak mówią do siebie, tam daleko, może tylko myślą zresztą:
— Kochany! Kochany chłopiec!
— O jakżem wam wdzięczny, że jesteście! — odpowiadam cicho.
— Płakać się chce... tak cudnie. Ależ ta moja banda gada!
Całkiem jak w hajderze.
*