Ogromna ciżba ludu wypełniała kościół. Zaprowadzono mnie do ławki w sanktuarium; rzuciłem się na kolana, zaledwie wiedząc, gdzie jestem i na co się zgodziłem. Już ksiądz czekał u ołtarza; naraz otwiera się tajemnicza krata i jawi się Amelia, przystrojona z całym świeckim przepychem. Była tak piękna, było na jej twarzy coś tak niebiańskiego, że zbudziła60 powszechny szmer zdumienia i podziwu. Zwyciężony wzniosłym bólem świętej, przygnieciony wspaniałością religii, uczułem, iż wszystkie gwałtowne zamiary rozpływają się; siły mnie opuściły, uczułem się spętany wszechpotężną ręką i w miejsce przekleństw i pogróżek znalazłem w sercu jedynie głębokie uwielbienie i jęki pokory.

Amelia zajęła miejsce pod baldachimem. Rozpoczyna się uroczystość przy blasku pochodni, pośród kwiatów i kadzideł, iżby ofiara stała się tym milszą. Przy ofiarowaniu kapłan rozdział się z bogatych szat, zachował jedynie lnianą tunikę, wstąpił na kazalnicę i w patetycznej a prostej przemowie, odmalował szczęście dziewicy, która poświęca się Panu. Kiedy wymówił te słowa: „Objawiła się niby kadzidło, które strawia się w ogniu”, zdało się, iż wielki spokój i niebiańskie zapachy rozlewają się w audytorium; miałem uczucie, iż jestem w bezpiecznym schronieniu pod skrzydłami mistycznej gołębicy, że widzę aniołów zstępujących na ołtarz i wstępujących ku niebu z pachnidłami i wieńcami.

Kapłan kończy przemówienie, przywdziewa z powrotem ornat61, podejmuje znów ofiarę. Amelia, podtrzymywana przez dwie młode zakonnice, przyklęka na najniższym stopniu ołtarza. Przychodzą wówczas po mnie, abym dopełnił funkcji ojcowskich. Na odgłos mych chwiejnych kroków w sanktuarium Amelia bliska jest omdlenia. Wskazują mi miejsce obok księdza, abym mu podał nożyczki62. W tej chwili czuję nowy przypływ wściekłości i szału; już mam wybuchnąć, kiedy Amelia, przywołując swe męstwo, rzuca mi spojrzenie zawierające tyle wyrzutu i boleści, iż czuję się zmiażdżony. Religia triumfuje. Siostra korzysta z mego pomieszania, podaje śmiało głowę. Wspaniałe włosy sypią się ze wszystkich stron pod świętym żelazem; długa suknia z powiewnej tkaniny zajmuje miejsce wszystkich świeckich strojów, nie ujmując piękności Amelii nic z uroku; czoło kryje się pod lnianą opaską; a tajemniczy welon, podwójny symbol dziewictwa i religii, obejmuje ogołoconą głowę. Nigdy nie wydała mi się tak piękna. Oko pokutnicy utkwione było w prochu ziemi, dusza zaś była w niebie.

Wszelako Amelia nie wyrzekła jeszcze ślubów: aby umrzeć dla świata, trzeba jej było przejść przez grób. Kładzie się na marmurze; rozciągają na niej całun śmiertelny; cztery pochodnie znaczą cztery jego rogi. Kapłan, ze stułą63 na szyi, z książką w ręku, rozpoczyna modlitwy za umarłych; młode dziewice podejmują je dalej. O rozkosze religii, jakież jesteście wielkie, ale jak straszliwe! Zniewolono mnie, abym ukląkł w pobliżu tego posępnego orszaku. Nagle niewyraźny szmer wychodzi spod grobowej zasłony; pochylam się i te przerażające słowa (które ja jeden tylko słyszałem) uderzają moje uszy: „Boże miłosierdzia, spraw, abym się już nie podniosła z tego śmiertelnego posłania, i obsyp dobrodziejstwy64 brata, który nie podzielił mej zbrodniczej miłości”.

Na te słowa wydzierające się z trumny oślepia mnie blask straszliwej tajemnicy; rozum mi się mąci, osuwam się na śmiertelny całun, tulę siostrę w ramiona i wołam: „Czysta małżonko Jezusa Chrystusa, przyjm me ostatnie uściśnienie poprzez lody zgonu i otchłanie wieczności dzielące cię już od brata!”

Ten wybuch, ten wykrzyk, te łzy mącą obrządek: ksiądz przerywa, zakonnice zapuszczają kratę, tłum faluje i tłoczy się ku ołtarzowi, wynoszą mnie bez zmysłów. Jakże mało wdzięczności czułem dla tych, którzy mnie przywołali do życia! Dowiedziałem się, otwierając oczy, że dopełniono obrządku i że siostra dostała ataku gorączki. Kazała mnie prosić, abym się już nie starał jej widzieć. O nędzy mego życia! Siostra lęka się mówić z bratem, brat wzdryga się odezwać do siostry! Wyszedłem z klasztoru niby z owego miejsca pokuty, gdzie płomienie przygotowują nas do niebiańskiego życia i gdzie straciło się, jak w piekle, wszystko prócz nadziei.

Można znaleźć w duszy siłę przeciw osobistemu nieszczęściu; ale stać się mimowolną przyczyną nieszczęścia drugiej istoty, to wręcz nie do zniesienia. Przejrzawszy nieszczęście siostry, wyobraziłem sobie, co musiała wycierpieć. Wówczas stały mi się jasne różne rzeczy, których nie umiałem wprzód zrozumieć: owo pomieszanie radości i smutku, które Amelia objawiła w chwili odjazdu mego w daleką podróż, to wytrwałe unikanie mnie po powrocie, a równocześnie ta słabość, która tak długo nie pozwoliła jej wstąpić do klasztoru; niewątpliwie biedna dziewczyna łudziła się nadzieją uleczenia! Zamiar usunięcia się od świata, dyspensa od nowicjatu, rozrządzenie majątkiem na mą korzyść były najwidoczniej przedmiotem tajemnej korespondencji, która zdołała mnie omylić.

O, moi przyjaciele, dowiedziałem się tedy, co to jest wylewać łzy dla cierpienia, które nie jest urojonym! Płomień mej duszy, tak długo nieokreślony, rzucił się z wściekłością na tę pierwszą ofiarę. Znalazłem nawet jakieś nieoczekiwane zadowolenie w pełni mej zgryzoty i spostrzegłem, z tajemnym uczuciem radości, że ból nie jest uczuciem, które by się wyczerpywało jak rozkosz.

Chciałem opuścić ziemię przed rozkazem Wszechmogącego; była to wielka zbrodnia: Bóg zesłał mi Amelię, zarazem, aby mnie ocalić i ukarać. Tak, wszelka myśl występna, wszelki czyn zbrodniczy pociąga za sobą zamęt i nieszczęście. Amelia prosiła mnie, abym żył; powinnością moją było nie pomnażać jej nieszczęść. Zresztą (rzecz osobliwa!) od czasu, gdy byłem istotnie nieszczęśliwy, nie pragnąłem już umrzeć. Zgryzota stała mi się zatrudnieniem, które wypełniało wszystkie chwile: tak serce moje przesiąknięte jest nudą i smutkiem!

Powziąłem tedy nagle inne postanowienie; umyśliłem opuścić Europę i udać się do Ameryki.