Narządzano65 w tej właśnie chwili w porcie B*** flotę do Luizjany; porozumiałem się z kapitanem statku, zawiadomiłem o zamiarze Amelię i zająłem się przygotowaniem do podróży.
Siostra moja znalazła się blisko bram śmierci; ale Bóg, który przeznaczał jej najczystszą palmę dziewiczą, nie chciał jej tak rychło powołać do siebie; próba jej tu na ziemi miała trwać dłużej. Zstąpiwszy po raz drugi w uciążliwą drogę życia, bohaterka, zgięta pod krzyżem, posuwała się mężnie naprzeciw cierpień, widząc w walce już tylko triumf, a w nadmiarze cierpień nadmiar chwały.
Sprzedaż niewielkiego mienia, które mi pozostawało i które odstąpiłem bratu, przygotowania związane z wyprawą, przeciwne wiatry zatrzymały mnie długo w porcie. Chodziłem co rano zasięgnąć wiadomości o Amelii; za każdym razem wracałem z nową przyczyną podziwu i łez.
Błądziłem bez ustanku dokoła klasztoru zbudowanego nad brzegiem morza. W małym, zakratowanym okienku wychodzącym na opustoszałe wybrzeże spostrzegałem często zakonnicę, siedzącą w postawie pełnej zadumy; marzyła, spoglądając na Ocean, gdzie pojawiał się od czasu do czasu statek pomykający ku krańcom ziemi. Wiele razy przy blasku księżyca widziałem tę samą zakonnicę w kratach okna; spoglądała na morze, oświetlona gwiazdą nocy, i zdawała się nastawiać ucha na pomruk fal, które łamały się smutno o samotne wybrzeże.
Zdaje mi się, że jeszcze słyszę dzwon, który wśród nocy zwoływał zakonnice na czuwanie i modły. Podczas gdy dzwonił z wolna, a dziewice udawały się w milczeniu do ołtarzy Wszechmocnego, ja biegłem pod klasztor: tam, sam jeden u stóp murów, słuchałem w świętej ekstazie ostatniego dźwięku śpiewów, które mieszały się pod sklepieniem świątyni ze słabym odgłosem fal.
Nie wiem, w jaki sposób wszystko to, co powinno było podsycać me zgryzoty, tępiło, przeciwnie, ich ostrze. Łzy moje zawierały mniej goryczy, kiedy je wylewałem na skały, wśród wiatrów. Cierpienie moje nawet, dzięki swej niezwykłej naturze, przynosiło z sobą niejaką osłodę: miłe jest to, co nie jest pospolite, nawet gdy samo w sobie jest nieszczęściem. Powziąłem stąd niemal nadzieję, że i siostra będzie z czasem mniej nieszczęśliwą.
List, który otrzymałem od niej przed wyjazdem, zdawał się utwierdzać mnie w tej myśli. Amelia użalała się tkliwie mej boleści i upewniała, iż czas złagodzi jej zgryzotę. „Nie rozpaczam o mym szczęściu — mówiła. — Teraz, kiedy ofiara się spełniła, sam nadmiar jej pomoże mi odzyskać niejaki spokój. Prostota moich towarzyszek, czystość ich ślubów, jednostajność życia, wszystko to rozlewa balsam w mojej duszy. Kiedy słyszę, jak huczą nawałnice i jak ptak morski bije skrzydłami o me okno, wówczas ja, biedna gołębica niebios, myślę o szczęściu, jakim jest dla mnie, iż znalazłam schronienie przeciw burzom. Tutaj jest góra święta; wyniosły szczyt, z którego słyszy się ostatnie odgłosy ziemi i pierwsze harmonie nieba; tutaj to religia usypia łagodnie tkliwą duszę; najgwałtowniejsze porywy miłości zastępuje jakąś żarliwą czystością, w której jednoczy się kochanka i dziewica; oczyszcza westchnienia; znikomy płomień zmienia w płomień niezniszczalny; łączy niebiańsko własny spokój i niewinność z resztką wzruszeń i rozkoszy serca, które szuka odpoczynku, i życia, które odchodzi”.
Nie wiem, co niebo mi przeznacza i czy chciało mnie ostrzec, że burze wszędzie będą towarzyszyły moim krokom. Wydano rozkaz odjazdu; już o zachodzie słońca kilka okrętów rozwinęło żagle. Postanowiłem spędzić jeszcze ostatnią noc na lądzie, aby napisać pożegnalny list do Amelii. Około północy, podczas gdy zajęty jestem tym zadaniem i podczas gdy wilżę papier mymi łzami, łomot wichrów uderza moje uszy. Słucham i wśród nawałnicy odróżniam wystrzał z działa na trwogę, zmieszany z jękiem klasztornego dzwonu. Pędzę na brzeg, wszystko opustoszałe, słychać jedynie ryk bałwanów. Siadam na skale. Z jednej strony rozpościerają się błyszczące fale, z drugiej posępne mury klasztoru gubią się mglisto w niebiosach. Wątłe światełko pojawia się w zakratowanym oknie. Czy to ty, o moja Amelio, rozciągnięta u stóp krucyfiksu, prosisz Boga nawałnic, aby oszczędził twego nieszczęśliwego brata? Burza na falach, spokój w twoim zaciszu; ludzie rozbici o rafy, u stóp schronienia, którego nic nie może zmącić; nieskończoność poza murami twej celi; niespokojnie chwiejące się światła okrętów, niewzruszona latarnia wieżowa klasztoru; niepewność losów żeglarza, westalka66 streszczająca w jednym dniu wszystkie dni swego życia; z drugiej strony, dusza taka jak twoja, Amelio, burzliwa jak Ocean; rozbicie straszliwsze niż rozbicie marynarza: cały ten obraz dotąd trwa głęboko wyryty w mej pamięci. Słońce tego nowego nieba, ty, które teraz jesteś świadkiem moich łez, ty, echo amerykańskiego brzegu, powtarzające wykrzykniki Renégo!... Nazajutrz to po owej straszliwej nocy, oparty o burt67 statku, patrzyłem na oddalającą się na zawsze ziemię rodzinną! Długo śledziłem na wybrzeżu ostatnie kołysania drzew ojczystych oraz wieże klasztoru, zapadające się na kraju widnokręgu.
Kiedy René dobiegał do końca opowiadania, wydobył ukryty na łonie papier i podał ojcu Suel; następnie, rzucając się w ramiona Szaktasa i dławiąc łkanie, czekał aż misjonarz przebiegnie oczami list, który mu oddał.
List był od przełożonej ***. Zawierał opowieść ostatnich chwil siostry Amelii z Zakonu Miłosierdzia, która zmarła jako ofiara swej żarliwości i poświęcenia, pielęgnując towarzyszki dotknięte zaraźliwą chorobą. Cały klasztor był niepocieszony i uważał Amelię wprost za świętą. Przełożona dodawała, iż od trzydziestu lat, przez które stoi na czele Zgromadzenia, nie widziała jeszcze zakonnicy o bardziej słodkim i równym usposobieniu, ani też bardziej zadowolonej, iż porzuciła utrapienia świata.