Przypominam sobie cuda, o jakich opowiadano mi o Quito51. Usiłuję odnaleźć tutaj niektóre cechy tamtego obrazu wielkiego miasta. Niestety! Jaka różnica!
Miasto owo posiada mosty, rzeki, drzewa, łąki, wygląda bardziej na wszechświat niż na zwyczajne miejsce zamieszkania. Na próżno próbuję dać Ci pojęcie o wysokości domów; są cudownie niebotyczne. Łatwiej uwierzyć, iż zostały tak stworzone przez naturę, niż pojąć, że są dziełem rąk ludzkich.
To tutaj mieszka rodzina Kacyka. Ich dom jest prawie tak wspaniały jak świątynia Słońca, meble i niektóre ściany są ze złota, resztę zdobi różnokolorowa tkanina nieźle przedstawiająca uroki przyrody.
Po przybyciu Déterville dał mi do zrozumienia, że prowadzi mnie do komnaty swej matki. Zastaliśmy ją na wpół leżącą na łóżku mniej więcej tego kształtu, co łoże Inków i z tego samego metalu52. Podała najpierw rękę Kacykowi, który ją ucałował, kłaniając się z pokorą prawie do ziemi. Ona go ucałowała, ale z tak zimną dobrocią, z tak wymuszoną radością, że nie będąc uprzedzona, kim jest, nie rozpoznałabym naturalnych uczuć w czułości tej matki.
Po chwili rozmowy z nią Kacyk kazał mi do niej podejść. Obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem i nie odpowiedziawszy na to, co mówił jej syn, dalej owijała palce wstążką zwisającą przy niewielkiej, złotej ozdobie.
Déterville nas opuścił, by podejść do wysokiego, przystojnego mężczyzny, który postąpił kilka kroków w jego stronę, uściskał go, jak również inną kobietę, która robiła dokładnie to samo co Palla.
Gdy tylko Kacyk pojawił się w tej komnacie, nadbiegła młoda dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Szła za nim z godnym podziwu nieśmiałym pośpiechem. Radość biła z jej twarzy, chociaż pozostawał na niej cień smutku. Déterville uściskał ją na ostatku, ale z tak naturalną czułością, że się wzruszyłam. Niestety! Kochany mój Azo, jakie byłyby nasze uniesienia, gdyby po tylu nieszczęściach los nas połączył!
Przez ten czas stałam blisko Palli, z szacunku53 nie odważyłam się od niej odejść, ani podnieść na nią oczu. Surowe spojrzenia, które rzucała na mnie od czasu do czasu, onieśmielały mnie coraz bardziej, krępując nawet myśli.
Wreszcie, jakby dziewczyna odgadła moje zażenowanie, opuściwszy Déterville’a podeszła i wzięła mnie za rękę, prowadząc do okna, gdzie usiadłyśmy. Chociaż niczego nie rozumiałam z tego, o czym rozprawiała, jej oczy pełne dobroci mówiły językiem powszechnym dla tkliwych serc, budziły zaufanie i przyjaźń. Chciałabym móc okazać jej me uczucia, ale nie umiejąc ich wyrazić tak, jakbym tego pragnęła, wypowiedziałam wszystko, co znałam z ich języka.
Uśmiechnęła się kilka razy, posyłając Déterville’owi spojrzenie łagodne i porozumiewawcze. Znajdowałam przyjemność w tej dziwnej rozmowie, ale Palla wypowiedziała dość głośno kilka słów w stronę dziewczyny, ta spuściła oczy, odsunęła moją rękę, którą trzymała w dłoni i już na mnie więcej nie popatrzyła.