Jeśli z takim trudem porządkuję teraz myśli, jak będę potrafiła sobie je przypomnieć bez obcej pomocy? Zaproponowano mi zaiste takową, ale wydaje mi się to za trudne, wręcz niemożliwe do osiągnięcia.
Kacyk przyprowadził dzikusa z tej krainy, który co dzień przychodzi dawać mi lekcje swego języka i metody, którą tutaj stosują dla ubrania myśli. Robi się to, kreśląc piórem małe obrazki, które nazywają literami, na białym i cienkim tworzywie zwanym papierem. Te obrazki noszą nazwy, a te nazwy, połączone ze sobą, przedstawiają dźwięki słów. Jedne i drugie tak mało się między sobą różnią, że z pewnością będzie mi bardzo trudno je zrozumieć. Biedny dzikus robi niebywałe wysiłki, aby wytłumaczyć, ja jeszcze większe, by się nauczyć. Czynię tak słabe postępy, że zrezygnowałabym z tego zamiaru, gdybym znała inną drogę prowadzącą do poznania Twojego i mojego losu.
Nie ma innej drogi, kochany Azo! Toteż polubię tę nową i osobliwą naukę. Pragnęłabym żyć sama, by móc się jej poświęcić bez wytchnienia. Narzucony obowiązek ciągłego przebywania w komnacie Madame staje się dla mnie torturą.
Na początku, wzbudzając ciekawość innych, zaspokajałam swą własną. Jednak posługując się wyłącznie wzrokiem, szybko nasycam oczy. Wszystkie kobiety malują sobie twarze tym samym kolorem, mają zawsze te same maniery i wydaje mi się, że mówią wciąż to samo. Wygląd mężczyzn jest bardziej zróżnicowany. Niektórzy wydają się myśleć, ale na ogół podejrzewam, że ów naród nie jest tym, na co wygląda, jego cechą dominującą wydaje mi się być afektacja.
Gdyby okazywanie zapału i gorliwości, którymi upiększa się tutaj najmniejsze obowiązki społeczne było naturalne, te ludy musiałyby mieć w sercu więcej dobroci i ludzkich uczuć niż nasze: czy to w ogóle możliwe?
Gdyby mieli tyle spokoju w duszy, ile go mają na twarzy, gdyby skłonność do uciech, którą zauważyłam w każdym ich czynie była szczera, czyż wybieraliby za rozrywkę widowiska, jakie mi pokazali?
Zaprowadzono mnie do miejsca, w którym przedstawia się, mniej więcej tak jak w Twym pałacu, czyny ludzi, którzy już nie żyją57, z tą różnicą, że o ile my przywołujemy pamięć o najmądrzejszych i najcnotliwszych, o tyle tutaj, jak sądzę, sławi się tylko szaleńców i złoczyńców. Ci, którzy ich przedstawiają, krzyczą i miotają się jak szaleni, widziałam nawet jednego, który posunął się w swej furii do samobójstwa. Piękne kobiety, prawdopodobnie ciemiężone, płaczą bezustannie i wykonują gesty rozpaczy, które nie potrzebują słów, by pokazać nadmiar cierpienia.
Uwierzyłbyś, kochany Azo, że cały lud o tak dobrotliwym wyglądzie lubuje się w oglądaniu nieszczęść lub zbrodni, które w przeszłości upodliły albo przytłoczyły ich bliźnich?
Ale być może potrzebują tutaj grozy występku, by doprowadzić do cnoty. Taka naszła mnie myśl, a jeśli to prawda, jakże litowałabym się nad tym narodem! Nasz jest lepiej wyposażony przez naturę, wielbi dobro dla jego właściwości, potrzebujemy jedynie wzorów cnoty, aby stać się cnotliwymi, tak jak wystarczy Cię kochać, by stać się miłą.