— Nie — odparłam — nie odjedzie pan. Proszę mnie zostawić, mój przyjacielu i zadowolić się uczuciami, które żywić będę dla pana przez całe życie. Miłuję pana prawie tak mocno jak Azę, ale nigdy tak samo, jak jego.

— Okrutna Zilio! — wykrzyknął porywczo. — Czy zawsze musi pani dodawać silne ciosy do swych uprzejmości? Czy jad śmiertelny nieustannie będzie zatruwał pani piękne słowa? Jakże jestem szalony, poddając się ich urokowi! Jakże głęboko zanurzam się w upokorzeniu! To koniec, poddaję się — dorzucił zdecydowanym tonem. — Żegnam, wkrótce ujrzy pani Azę. Oby nie przyprawił pani o cierpienia, które mnie zżerają, oby okazał się być taki, jakim go pani pragnie, godnym pani serca.

Jakiż popłoch, mój kochany Azo, wywołał w mym sercu ton, którym wypowiedział ostatnie słowa! Nie mogłam oprzeć się wątpliwościom kłębiącym się w myślach. Nie wątpiłam, że Déterville był lepiej zorientowany, niż chciał to pokazać, że ukrył przede mną kilka listów, które mógł otrzymać z Hiszpanii, oraz to, wstyd mi wyznać, iż jesteś mi niewierny.

Usilnie go prosiłam o wyjawienie prawdy, ale nie mogłam zeń wydobyć więcej nad niejasne domysły, gotowe zarówno potwierdzić, jak uśmierzyć moje obawy. Jednak uwagi, jakie poczynił na temat niestałości mężczyzn, zagrożeń rozłąki oraz łatwości, z jaką zmieniłeś religię, zaniepokoiły mnie.

Po raz pierwszy moja miłość stała się uczuciem przykrym, po raz pierwszy lękałam się, że stracę Twoje serce. Azo, gdyby to było prawdą! Gdybyś mnie nie kochał, ach, niech nigdy takie podejrzenie nie skazi czystości mego serca! Nie, sama byłabym winna, gdybym uchwyciła się na chwilę tej myśli, niegodnej Twej dobroci, Twej cnoty, Twej stałości. Nie, to rozpacz podsunęła Déterville’owi te okropne myśli. Czyż jego wzburzenie i obłęd nie powinny mnie w tym utwierdzić? Czyż nie jest podejrzane, że taka przemowa była w jego interesie? Tak to odczułam, kochany Azo. Moja troska obróciła się przeciwko niemu, potraktowałam go ostro, opuścił mnie zrozpaczony. Azo! Kocham Cię tak czule! Nie, nigdy nie będziesz mógł mnie zapomnieć.

List XXXII

Ależ Twoja podróż się dłuży, mój najdroższy Azo! Jakże gorąco pragnę Twojego przyjazdu! Wydaje mi się on bardziej niepewny, niż myślałam, a powstrzymuję się od zadawania Déterville’owi pytań na ten temat. Nie mogę mu wybaczyć złej opinii, jaką ma o Twoim sercu. Mój sąd o jego uczuciu osłabia znacznie litość, jaką budziły we mnie jego cierpienia; zmniejsza też żal, iż jesteśmy w pewnym sensie rozłączeni.

Przebywamy w Paryżu od dwu tygodni. Mieszkam z Celiną w domu jej męża, na tyle oddalonym od tego, gdzie zamieszkuje jej brat, żeby nie być zmuszoną widywać go co chwila. Przychodzi często na posiłki, ale wiedziemy z Celiną tak intensywne życie, że nie ma on możliwości porozmawiania ze mną na osobności.

Odkąd wróciłyśmy, poświęcamy część dnia na uciążliwe strojenie się, a resztę na to, co zwie się składaniem wizyt.

Te dwa zajęcia wydawałyby mi się równie bezowocne, co męczące, gdyby nie dostarczały mi sposobów lepszego poznania obyczajów tego kraju. Gdy przybyłam do Francji, nie znając języka, osądzałam wszystko po pozorach. Odkąd zaczęłam się nim posługiwać, znalazłam się w klasztorze. Wiesz, jak mało tam znalazłam pomocy dla mojej edukacji. Na prowincji spotykałam specyficzne towarzystwo, teraz dopiero obracam się w gronie tak zwanej socjety. Widzę ją w całości i mogę badać bez przeszkód.