— Nie mówmy już o nich — przerwał żywo.

— Proszę poczekać — podjęłam, przerywając mu. — Jeśli chce się być szlachetnym trzeba przyjąć oznaki wdzięczności. Nie rozmawiałam z panem, od kiedy oddał mi pan cenne ozdoby świątyni, skąd mnie porwano, a być może, pisząc do pana, źle wyraziłam uczucia, jakie wzbudził we mnie bezmiar dobroci; chcę...

— Niestety! — przerwał znowu — jakże wdzięczność jest złudna dla nieszczęśliwego serca! Towarzyszy ona obojętności i łączy się zbyt często z nienawiścią.

— Jak pan mógł tak pomyśleć? — wykrzyknęłam. — ach! Déterville, ile wyrzutów mogłabym robić, gdyby nie był pan tak godny litości. Daleka jestem od nienawiści. Od pierwszej chwili, gdy pana ujrzałam, mniej wstrętną mi była zależność od pana niż od Hiszpanów. Pańska łagodność i dobroć wzbudziły we mnie pragnienie pozyskania przyjaźni, w miarę jak poznawałam pana charakter. Utwierdziłam się w przekonaniu, że zasługuje pan na moją życzliwość i, pomijając już nadzwyczajne zobowiązania, jakie mam wobec pana, skoro moja wdzięczność go rani, jak mogłabym bronić się przed uczuciami, które się mu należą?

Odnalazłam u pana cnoty godne naszych prostych przymiotów. Syn Słońca szczyciłby się pana uczuciami, pański rozum prawie odpowiada rozumności natury, ile powodów, by pana cenić! Wszystko mi się w panu podoba, także szlachetne oblicze, przyjaźń ma oczy podobnie jak miłość. Niegdyś, po chwili nieobecności, pana powrót wywoływał w mym sercu pogodne uczucia, dlaczego zamienił pan te niewinne przyjemności w troski i przymus?

Pański rozum z trudem się ujawnia. Lękam się wciąż, że go pan postrada. Uczucia, które mi pan wyjawia, krępują wyrazy moich własnych, pozbawiają mnie przyjemności odmalowania bez wybiegów uroków, których doznawałabym w pańskiej przyjaźni, gdyby nie zmącił pan jej łagodności. Pozbawia mnie pan nawet tej delikatnej rozkoszy oglądania mego dobroczyńcy, pańskie spojrzenia krępują mnie, nie widzę już w nich tego przyjemnego spokoju, który czasem przenikał aż do mej duszy. Znajduję w nich już tylko mroczne cierpienie wyrzucające mi bezustannie, że jestem jego przyczyną. Ach! Déterville, jakże jest pan niesprawiedliwy, jeśli sądzi, że cierpi sam!

— Moja droga Zilio — wykrzyknął, całując mi rękę z żarem — ależ pani dobroć i szczerość wzmogły mój żal! Jakim skarbem jest posiadanie takiego serca! Ale z jaką rozpaczą muszę poczuć jego utratę! Wielka Zilio — ciągnął dalej — jakże silna jest pani władza! Czyż nie dość było kazać mi przejść od obojętności do namiętnej miłości, od bierności do szału, czyż trzeba jeszcze zdławić uczucia, które pani we mnie wywołuje? Czy potrafię?

— Tak — odparłam — ten wysiłek jest godny pańskiego serca. Takie właściwe postępowanie wynosi pana ponad ogół śmiertelników.

— Ale czy to przeżyję? — odrzekł bolesnym głosem. — Proszę bodaj nie spodziewać się, że stanę się ofiarą tryumfu pani ukochanego. Odejdę daleko, by wielbić pani ideał, będzie on gorzką pożywką dla mego serca. Będę panią kochać i więcej pani nie zobaczę! Ach! Przynajmniej proszę o mnie nie zapominać...

Tu szloch odebrał mu głos i Déterville pośpiesznie skrył łzy spływające mu po twarzy. Ja też wylewałam łzy, wzruszona jego szlachetnością i cierpieniem, ujęłam jego dłoń i uścisnęłam.