Mój kochany Azo, skłonność do skrajności jest Francuzom przyrodzona, do tego stopnia, że Déterville, choć pozbawiony większości wad swego narodu, też tę skłonność podziela. Nie tylko dotrzymuje on danej obietnicy, by nie mówić o swych uczuciach, ale wyraźnie stroni ode mnie. Zmuszeni jesteśmy widzieć się nieustannie, ale nie znalazłam jeszcze sposobności, by z nim porozmawiać.
Choć towarzystwo jest zawsze liczne i bardzo wesołe, na jego twarzy maluje się smutek. Łatwo odgadnąć, że z trudem znosi narzucony sobie przymus milczenia o uczuciach. Powinnam może mieć to na względzie, ale chcę mu zadać tyle pytań na temat moich spraw sercowych, że nie mogę mu wybaczyć nienaturalnego unikania mnie.
Chciałabym zapytać go, czy list, który napisał do Hiszpanii, już dotarł. Chciałabym znać dokładnie datę Twego wyjazdu i czas trwania podróży, by ustalić porę mojego szczęścia. Uzasadniona nadzieja jest prawdziwym skarbem, ale, kochany mój Azo, droższa jest jeszcze, gdy widać jej kres.
Żadne rozrywki, które zajmują towarzystwo, nie wzruszają mnie, są zbyt hałaśliwe dla mej duszy, nie cieszą mnie też rozmowy z Celiną. Całkiem jest pochłonięta swym małżonkiem i z ledwością znajduję kilka chwil dla okazania jej przyjaźni. Reszta towarzystwa jest mi przyjemna tylko o tyle, o ile mogę wydobyć wyjaśnienia na temat różnych obiektów moich zainteresowań. I nie zawsze znajduję po temu sposobność. Tak więc pośród towarzystwa bawią mnie tylko moje myśli. Są one wszystkie dla Ciebie, drogi, serdeczny przyjacielu, na zawsze będziesz jedynym powiernikiem mej duszy, mych przyjemności i trosk.
List XXXI
Byłam w błędzie, mój kochany Azo, tak mocno pragnąc rozmowy z Déterville’em. Niestety! Powiedział aż za dużo. Niepokój, który wzbudził w mym sercu, choć go wypieram, wciąż nie ustępuje.
Coś w rodzaju niecierpliwości dołączyło wczoraj do zmartwienia, które często mnie trapi. Towarzystwo i hałas mierżą mnie bardziej niż zazwyczaj, nawet widok czułego zadowolenia Celiny i jej męża, wszystko to wywoływało we mnie oburzenie graniczące z pogardą. Zawstydzona odczuwaniem w sercu tak niesprawiedliwych emocji, skrywałam swe zmieszanie w najdalszym zakątku ogrodu.
Ledwo usiadłam pod drzewem, zaczęłam mimo woli wylewać łzy. Z twarzą schowaną w dłoniach byłam pogrążona w tak głębokim zamyśleniu, że nie spostrzegłam, kiedy Déterville ukląkł obok mnie.
— Proszę się nie gniewać, Zilio — rzekł — nie szukałem pani, to przypadek sprowadził mnie do pani stóp. Zniechęcony wrzawą, zapragnąłem w spokoju poddać się rozpaczy. Dostrzegłem panią, biłem się z myślami, czy się oddalić, ale jestem zbyt nieszczęśliwy, nie mogę już dłużej tak cierpieć. Ulitowałem się nad sobą, przybliżyłem się, ujrzałem pani łzy i nie zapanowałem już nad swym sercem. Jednak, jeśli rozkaże mi pani odejść, usłucham. Czy może pani tak uczynić, Zilio? Czy jestem pani wstrętny?
— Nie — odparłam — przeciwnie, proszę usiąść, cieszę się, że znalazłam okazję się wytłumaczyć. Od czasu pana ostatnich dobrodziejstw...