Jak bardzo pogardę dla takich ludzi mogłabym rozszerzyć na całą nację, gdybym nie wiedziała skądinąd, że Francuzi błądzą częściej z powodu braku właściwej oceny niż z braku prawości, ich lekkomyślność wyklucza niemal zawsze rozumowanie. Wśród nich nic nie jest poważne, nic nie ma ważkości, być może nikt nigdy nie zastanowił się nad hańbiącymi konsekwencjami swego postępowania. Trzeba pokazać się bogatym, to jest moda, przyzwyczajenie, podąża się za tym. Gdy pojawi się jakiś problem, rozwiązuje się go bezprawiem, sądzi się, że zwyciężono tylko jedną trudność, ale złudzenie sięga dalej.

W większości domów ubóstwo i przepych są odgrodzone od siebie jednym apartamentem. Jedno i drugie odmiennie dzieli zajęcia codzienne. Rankiem, w gabinecie, głos biedy przemawia ustami człowieka opłacanego dla znalezienia sposobów pogodzenia jej z pozornym dostatkiem. Rozmowy przebiegają pod znakiem smutku i rozgoryczenia, kończą się zazwyczaj poświęceniem tego, co konieczne, na korzyść zbytku. Przez resztę dnia, po przebraniu się w inny strój, przejściu do innego apartamentu i niemal przeobrażeniu się w inną istotę olśnioną własną wspaniałością, jest się wesołym i można uważać się za szczęśliwego, a nawet bogatego.

Zauważyłam jednak, że niektóre osoby roztaczające przepych z największą przesadą nie ośmielają się wciąż uwierzyć w to, że zaimponowali innym. Wtedy sami żartują ze swego ubóstwa, wesoło znieważają pamięć swych przodków, których roztropna oszczędność zadowalała się wygodnymi strojami, ozdobami i umeblowaniem dostosowanymi bardziej do ich dochodów niż urodzenia. Ich rodziny, jak mówią, oraz ich służący cieszyli się skromnym i uczciwym dostatkiem. Wyposażano córki i ustanawiano solidne podstawy majątku spadkobiercom nazwiska, ponadto trzymano w rezerwie środki potrzebne dla ratowania przyjaciela lub biedaka w nieszczęściu.

Cóż Ci powiem, kochany Azo? Mimo że przedstawiano mi obyczaje dawnych czasów w humorystycznym świetle, tak mi się one spodobały, znajdywałam w nich tyle podobieństw do prostoty naszych, że ulegając złudzeniu, moje serce drżało przy każdej sposobności, tak jakbym miała znaleźć się pod koniec opowieści wśród naszych drogich rodaków. Ale przy pierwszej pochwale tak mądrych obyczajów, jaką wyraziłam, wybuchy śmiechu rozwiały moje złudzenie. Zastałam wokół siebie jedynie nierozumnych Francuzów naszych czasów, chełpiących się rozprężeniem swej wyobraźni.

To samo zepsucie, które przekształciło solidne rzeczy Francuzów w niepotrzebne błahostki, spowodowało spłycenie majątków społeczeństwa. Najmądrzejsi, ci, którzy uskarżają się na to zepsucie, zapewnili mnie, że niegdyś, tak jak wśród nas, w sercach była prawość i ludzka godność; być może. Ale teraz to, co zwą kurtuazją zastępuje im uczucie. Polega ona na bezmiarze słów bez znaczenia, okazywaniu względów bez szacunku i opieki bez emocji.

W wielkich domach to służący jest obarczony spełnianiem towarzyskich zadań. Codziennie pokonuje znaczną drogę, by przekazać jednej osobie, że jest się zdrowym, drugiej, że smucą jej troski lub cieszą jej radości. Kiedy sługa wraca, nie słucha się odpowiedzi, które przynosi. Umówiono się, by zachowywać formy, nie okazując przy tym żadnego zainteresowania, i ta grzeczność ma zastąpić przyjaźń. Względy okazuje się osobiście, posuwa się je do śmieszności. Wstydziłabym się o tym mówić, gdyby nie trzeba było poznać wszystkiego, co dotyczy tak szczególnego narodu. Uwłaczano by swoim zwierzchnikom, a nawet równym sobie, gdyby po spożyciu z nimi zwykłego posiłku zaspokajano palące pragnienie bez licznych zapytań o zgodę i próśb o wybaczenie. Nie wolno również swoim ubiorem dotknąć stroju znacznej osobistości ani przyglądać się jej uważnie, byłoby to uznane za obraźliwe, gorzej jeszcze, gdyby nie poszło się jej zobaczyć. Potrzebowałabym więcej bystrości i pamięci, żeby przedstawić Ci wszystkie głupstwa, które się rozdaje i przyjmuje jako znak atencji, co tu znaczy prawie — poważania.

Co do obfitości słów zrozumiesz kiedyś, mój kochany Azo, że niewyczerpanym źródłem dla konwersacji Francuzów jest przesada, której się wypierają zaraz, właśnie gdy powiedzą coś z afektacją. Rzadko przy tym zapominają o dorzuceniu kolejnego, dodatkowego komplementu, by przekonać, że to nie przesada. Właśnie przesadnymi pochlebstwami przekonują o szczerości pochwał, którymi szafują. Podbudowują swe zapewnienia o miłości i przyjaźni tyloma niepotrzebnymi słowami, że nie da się w nich rozpoznać uczucia.

O mój kochany Azo, jakże mój umiar w mówieniu, prostota wyrażeń muszą wydawać się im nudne! Nie sądzę, by mój rozum wzbudzał więcej szacunku. Żeby zasłużyć na jakiś autorytet w tym względzie, trzeba wykazać się wielką bystrością w uchwyceniu różnych znaczeń i użycia słów. Trzeba przykuć uwagę słuchających subtelnością myśli często nieprzeniknionych albo ukryć ich niezrozumiałość pod zalewem błahych określeń. Przeczytałam w jednej z ich najlepszych książek: „światowe esprit polega na uprzejmym mówieniu o niczym, na unikaniu najmniejszej sensownej opinii, o ile w formie wdzięcznej wypowiedzi nie poprosi się o wybaczenie, wreszcie na ukryciu rozumu, kiedy jest się zmuszonym go pokazać”67.

Cóż mogłabym Ci powiedzieć dla udowodnienia, że rozsądek i rozum, uważane za konieczne dla umysłu, są tutaj w pogardzie, jak wszystko, co jest użyteczne? Wreszcie, mój kochany Azo, bądź pewien, że zbytek wszechwładnie panuje we Francji. Ten, kto ma tylko fortunę uczciwą, jest biedny; kto ma tylko cnoty, jest nudny, a kto ma tylko rozsądek, jest głupcem.

List XXX