5) miłość sfałszowano jako oddanie siebie (i altruizm), gdy przeciwnie jest ona dobieraniem sobie więcej lub dawaniem wskutek nadmiernego bogactwa osobistości własnej. Tylko najbardziej całkowite osobistości mogą kochać; wyzuci z osobistości, „obiektywni” są najlichszymi kochankami (proszę zapytać kobietek!). Stosuje się to także do miłości względem Boga lub do miłości „ojczyzny”: trzeba mocno siedzieć w samym sobie. (Egoizm jako usamienie, altruizm jako uinnienie);
6) życie jako kara, szczęście jako pokusa; namiętności jako rzecz szatańska, zaufanie do siebie jako rzecz bezbożna.
Cała ta psychologia jest psychologią zapobiegania, pewnego rodzaju obmurowaniem ze strachu; raz że wielki tłum (upośledzeni i mierni) chce się bronić przez to przeciwko silniejszym i zniszczyć ich w rozwoju..., a z drugiej strony chce on, żeby wszystkie te popędy, z którymi jemu samemu się najlepiej wiedzie, były uświęcone i wyłącznie szanowane. Proszę porównać z tym żydowskich kapłanów.
185.
Rozdział główny: jak pod naciskiem moralności ascetycznej, wyzucia się z siebie musiały być fałszywie zrozumiane właśnie afekty miłości, dobroci, współczucia, nawet sprawiedliwości, wielkoduszności i heroizmu.
Jest to bogactwo osobistości, pełność siebie, przelewanie się i dawanie od siebie, instynktowe czucie się dobrze i przytakiwanie sobie, co rodzi wielkie ofiary i wielką miłość: jest to silne i boskie samolubstwo, z którego te afekty wyrastają tak pewnie jak i chęć stania się panem, jak sięganie poza obręb własny, jak pewność wewnętrzna, że się ma prawo do wszystkiego. Uczucia, uważane pospolicie za przeciwne, są raczej jednym uczuciem i jeśli nie siedzi się tęgo i mocno w swojej własnej skórze, to nie ma się nic do dania od siebie, nic, z czym by można wyciągnąć rękę i być obroną i podporą...
Jak można było tak przeinaczyć znaczenie tych instynktów, że człowiek odczuwa jako cenne to, co sprzeciwia się jego istocie? Gdy swoją istotę oddaje na pastwę istocie innej! Och ta psychologiczna nędzota i łgarstwo, które w kościele i w kościelnie schorzałej filozofii dotychczas naczelny głos miały!
Jeśli człowiek jest grzeszny na wskroś, to godzi mu się tylko nienawidzić siebie. W rzeczy samej godziłoby mu się także i bliźnich swoich traktować nie z innym, jeno tym samym uczuciem, co siebie samego; miłość bliźniego wymaga usprawiedliwienia — polega ono na tym, że Bóg ją nakazał. Stąd wynika, że wszystkie te naturalne instynkty człowieka (skłaniające do miłości itd.) wydają mu się same przez się niedozwolonymi i dopiero po zaparciu się ich wracają one znowu do swych praw na podstawie posłuszeństwa względem Boga... Pascal, ten podziwu godny logik chrześcijanizmu, zaszedł aż tak daleko! Proszę rozważyć jego stosunek do siostry. „Postępować tak, żeby się nie było kochanym” wydawało mu się chrześcijańskim.
186.
Pozostałości pozbawienia natury jej wartości przez transcendencję moralności: wartość wyzucia się z siebie, kult altruizmu; wiara w odwet w zakresie gry następstw; wiara w „dobroć”, w „geniusz” nawet, jak gdyby jedno i drugie było następstwem wyzucia się z siebie; trwanie w dalszym ciągu kościelnej sankcji życia społecznego; absolutna chęć fałszywego pojmowania historii (jako dzieła wychowawczego, służącego do moralizacji) albo też pesymizm wobec historii (ten ostatni jest tak dobrze następstwem pozbawienia natury jej wartości, jak i owo pseudousprawiedliwienie, owa chęć niewidzenia tego, co pesymista widzi).