Cień: Tak dawno nie słyszałem cię, że chciałbym ci nastręczyć do mówienia sposobność.
Wędrowiec: Coś mówi: gdzie? I kto? Zdaje mi się niemal, jak gdybym słyszał siebie mówiącego głosem jeszcze słabszym niż głos mój.
Cień (po chwili): Nie cieszy cię to, że masz sposobność do mówienia?
Wędrowiec: Na Boga i wszystkie rzeczy, w które nie wierzę, cień mój przemówił: słyszę i nie wierzę.
Cień: Przypuśćmy, że tak jest i nie myślmy o tym dłużej; nim upłynie godzina, będzie po wszystkim.
Wędrowiec: Zupełnie tak myślałem i ja, kiedy w lesie pod Pizą ujrzałem zrazu dwa, a potem pięć wielbłądów.
Cień: Dobrze to, że obydwaj jesteśmy jednako wyrozumiali dla siebie, kiedy się zdarzy, że rozsądek nasz milknie: w ten sposób i w rozmowie nie będziemy się drażnić wzajemnie, ani natychmiast jeden drugiemu nakładać klub76, jeśli przypadkiem słowo którego zadźwięczy niezrozumiale. Kiedy się nie wie, co odpowiedzieć, wystarcza już rzec cokolwiek: taki słuszny warunek kładę, jeśli z kimś rozmawiam. W dłuższej rozmowie nawet najmądrzejszy staje się nieraz szaleńcem i po trzykroć głupcem.
Wędrowiec: To, iż tak małym się zadowalasz, nie jest pochlebne dla tego, przed kim się do tego przyznajesz.
Cień: Mamże77 więc pochlebiać?
Wędrowiec: Myślałem, że cień człowieka jest jego próżnością; ta jednak nigdy by nie pytała: „mamże więc pochlebiać?”.