493.

Ostatni argument człowieka mężnego. — „W tych krzach lęgną się węże”. — Więc pójdę tam i wytępię je. „Lecz może padniesz przy tym ofiarą, nie zdążywszy nawet wytępić ich wprzódy!” — Mniejsza o mnie!

494.

Nasi nauczyciele. — Za młodu bierzem swych nauczycieli i doradców z teraźniejszości, jako też z otoczenia, z którym wówczas zetknąć się nam zdarzy: pokładamy bezmyślną ufność, iż teraźniejszość musi mieć nauczycieli, co przydatniejsi są dla nas niż dla kogoś innego, i że musimy ich znaleźć bez długiego szukania. To dzieciństwo trzeba z czasem srogo przypłacić: musi się swych nauczycieli odpokutować na sobie. Później szuka się jużcić właściwych doradców w całym świecie, nie wyłączając pierwotnego — lecz może po niewczasie. W najgorszym zaś razie przekonujemy się, iż żyli oni istotnie za dni młodości naszej — i że omyliliśmy się wtedy.

495.

Zdrożna zasada. — Plato przedziwnie wykazał, iż myśliciel filozoficzny śród każdego istniejącego ustroju społecznego musi uchodzić za najniegodziwszego wyrzutka: gdyż jako krytyk wszech obyczajów pozostaje on w sprzeczności z obyczajnym człowiekiem i jeżeli nie zdoła stać się prawodawcą nowych obyczajów, to żyje odtąd we wspomnieniu ludzkim jako „zdrożna zasada”. — Możemy się z tego domyślić, jak wcale wolnomyślne i przystępne dla nowości miasto Ateny pomiatało jeszcze za życia dobrą sławą Platona: cóż więc dziwnego, że on — co, jak sam o sobie powiada, odznaczał się „politycznym popędem” — trzechkrotnie podejmował próby w Sycylii, gdzie właśnie w tych czasach zdawało się tworzyć wszechgreckie śródmorskie państwo? W państwie tym oraz z jego pomocą zamierzał Plato uczynić dla Greków to, co później Mahomet uczynił dla Arabów: mianowicie ustalić ważniejsze i pomniejsze zwyczaje, a zwłaszcza codzienny sposób życia dla każdej jednostki. Pomysły jego były równie możliwe jak pomysły Mahometa: toć o wiele nieprawdopodobniejsze, jak na przykład chrześcijańskie, okazały się możliwe! Kilka trafów mniej i kilka innych trafów więcej — a byłby doczekał się świat splatonizowania europejskiego Południa: jeżeli zaś przypuścimy, że stan ten przetrwałby aż po dzień dzisiejszy, to prawdopodobnie uwielbialibyśmy w Platonie „dobrą zasadę”. Wszelako nie miał on powodzenia: pozostawił zatem po sobie opinię marzyciela i utopisty — zelżywsze przezwiska zaginęły wraz ze starożytnymi Atenami.

496.

Prześwietlający wzrok. — O „geniuszu” dałoby się najsnadniej mówić u takich ludzi, u których, jak u Platona, Spinozy i Goethego, duch z charakterem i temperamentem w luźnym jeno zostaje związku niby uskrzydlona istota, co łatwo się od nich odłączyć i następnie wysoko ponad nie wzbić się może. Wbrew temu o swym „geniuszu” rozprawiali najgoręcej tacy właśnie ludzie, którzy ze swym temperamentem nie rozstawali się nigdy, i potrafili dać mu najuduchowieńszy, najgórniejszy, ba, w pewnych warunkach kosmiczny nawet wyraz (jak na przykład Schopenhauer). Ci geniusze nie mogli wzlatywać ponad siebie, ale sądzili, że znajdują, odnajdują siebie wszędzie, dokąd jeno skrzydła ich poniosą — jest to ich „wielkością”, jakoż istotnie może być wielkością! — Inni, którym miano geniuszów słuszniej się należy, mają czysty, prześwietlający wzrok, co nie począł się, jak się zdaje, z ich temperamentu i charakteru, lecz niezależnie od nich, co najczęściej w łagodnej z nimi sprzeczności, na świat niby na boga jakiegoś spogląda i boga tego miłuje. Jednakże i oni nie posiedli wzroku tego od razu: istnieją przygotowawcze stadia i szczeble patrzenia, a komu szczęście sprzyja, ten znajduje w porę także nauczyciela czystego patrzenia.

497.

Byle nie żądano! — Nie znacie go! Tak, ulega on łatwo i bez trudu ludziom i rzeczom i jest życzliwy dla nich; prosi jedynie, by go pozostawiono w spokoju... — ale to tylko dopóty, dopóki ludzie i rzeczy nie żądają uległości. Wszelkie żądanie rozbudza w nim dumę, niedowierzanie i wojowniczość.