Święci. — Najzmysłowsi to mężczyźni, którzy muszą unikać kobiet i umartwiać ciało.

294.

Subtelne służby. — Jednym z najmisterniejszych zadań w wielkiej dziedzinie służenia jest służyć człowiekowi niepomiernie ambitnemu, co jest we wszystkim najbezwzględniejszym egoistą, lecz za egoistę żadną miarą uchodzić nie chce (na tym właśnie polega w części drażliwość jego ambicji), co przywykł, by wszystko działo się wedle jego woli i kaprysu, ale zawsze miało pozór, jakoby on się poświęcał i niczego dla siebie nie pragnął.

295.

Pojedynek. — Wielce to sobie cenię, mawiał ktoś, iż mogę mieć pojedynek, gdy go koniecznie potrzebuję; gdyż nie zbywa mi nigdy na dzielnych towarzyszach. Pojedynek jest ostatnią, jaka jeszcze pozostała, najzupełniej zaszczytną drogą do samobójstwa, niestety wszakże krętą, i na domiar nie całkiem pewną.

296.

Zgubne. — Najniezawodniejszym sposobem znieprawienia młodzieńca jest wpoić weń, by zwolennika tych samych co on przekonań wyżej cenił od stronnika odmiennych przekonań.

297.

Kult bohaterów tudzież jego fanatycy. — Fanatyk ideału, obleczonego ciałem i krwią, miewa zazwyczaj dopóty słuszność, dopóki przeczy, i bywa straszliwy w swym przeczeniu: zna bowiem to, czemu przeczy, równie dobrze jak siebie samego z tej mianowicie nader prostej przyczyny, iż stamtąd przybywa, tam się znajdują jego pielesze i w skrytości serca wciąż się lęka, by nie był zmuszony tam powrócić — przecząc w ten sposób, chce uniemożliwić sobie powrót. Kiedy zaś przyświadcza, zamyka na wpół oczy i zaczyna idealizować (nieraz li tylko po to, by pozostałych dotknąć tym boleśnie —): jest w tym pono coś artystycznego — nie przeczę, ale także coś nierzetelnego. Idealista jakiejś osoby odsuwa ją od siebie na taką odległość, że przestaje rozróżniać jej zarysy — po czym to, co jeszcze widzi, przeinacza w „piękno”, czyli innymi słowy: w symetryczność, miękkolinijność, nieokreśloność. Chcąc zaś ten w górnych oddalach zatracający się ideał otoczyć swym uwielbieniem, odczuwa zarazem potrzebę, dla ochrony przed profanum vulgus wznieść mu świątynię. W tym przybytku gromadzi wszystkie drogocenne i uświęcone przedmioty, jakie mu jeszcze pozostały, by czar ich wzmagał urok ideału, by ta karma przysparzała mu jeszcze boskości i wielkości. W końcu udaje mu się istotnie sklecić bóstwo — lecz biada! Jest ktoś, kto wie, jak ono powstało, jego sumienie intelektualne — zaś ponadto istnieje jeszcze ktoś, co całkiem nieświadomie przeciw temu protestuje, mianowicie sam uwielbiony, który pod wpływem modłów, pień pochwalnych i kadzidła staje się nieznośny, objawiając co chwila w sromotny sposób swą nieboskość i swe maluczkie człowieczeństwo. Fanatycznemu jego wielbicielowi pozostaje wówczas tylko jeden wybieg: oto poddaje się kornie poniewierce, zaś całą swą niedolę, przy pomocy nowego samooszustwa i szlachetnego kłamstwa, wykłada również in majorem dei gloriam: zwraca się on z wyrzutem przeciwko sobie, przy czym, jako ofiara poniewierki i jako interpretator, doznaje czegoś w rodzaju męczeństwa — urojenie jego staje w ten sposób u szczytu. — Ludzie tego pokroju żyli na przykład dokoła Napoleona: i snadź168 on to właśnie zaszczepił w duszę naszego stulecia ową romantyczną, duchowi oświecenia nieznaną czołobitność względem „bohatera” i „geniusza”, on, o którym Byron nie wstydził się powiedzieć, że jest „robakiem w porównaniu z taką istotą”. (Formuły takiej czołobitności pochodzą od owego starego, aroganckiego mruka i rozwichrzeńca, Tomasza Carlyle’a, dla którego zadaniem długiego żywota było rozum swych ziomków uczynić romantycznym: nadaremnie!)

298.