463.

Wstyd człowieka szczodrobliwego. — To tak niewspaniałomyślnie grać ciągle rolę jałmużnika i dawcy oraz odsłaniać przy tym swe oblicze! Natomiast dawać i obdarzać, ukrywając swe miano i swą szczodrość! Lub wcale nie mieć imienia na podobieństwo przyrody, w której przede wszystkim to nas raduje, że nie spotykamy wreszcie żadnego dawcy i jałmużnika, że nie widzimy „łaskawego oblicza”! — Wprawdzie postradano i tę otuchę, pomieszczając w tej przyrodzie Boga — i oto wszystko jest znów bezwolne i zgnębione! Jak to? Więc nie wolno przebywać li ze sobą samym? Nie pozostawać już pod niczyim nadzorem i strażą, nie być prowadzonym na pasku, nie otrzymywać jałmużny? Najcenniejsza cząstka odwagi i dobroci staje się niemożliwa, skoro przebywa zawsze ktoś w naszym pobliżu. Czyliż przez to natręctwo niebios, przez tego naprzykrzonego nadnaturalnego sąsiada nie biorą człowieka wszyscy diabli! — Lecz bez powodu, toć to sen tylko! Przetrzyjmy oczy!

464.

Przy spotkaniu. — A: Kędy spoglądasz? Co od tak dawna przykuwa cię do tego miejsca? — B: Wciąż jedno i to samo! Widząc żałość jakiejś rzeczy, wnikam w nią tak daleko i tak głęboko, iż docieram w końcu do jej dna i przekonuję się, że bynajmniej nie jest tak wiele warta. U kresu wszystkich takich doświadczeń stoi jakoweś odrętwienie i smętek. Doświadczam tego codziennie w drobnych rzeczach po trzykroć.

465.

Ciemna strona sławy. — Co to za zaleta, gdy ktoś jako nieznajomy może przemawiać do ludzi! Zaiste, pozbawiają nas bogowie „połowy naszej cnoty”, gdy pozbawiają nas incognito i czynią nas sławnymi.

466.

Po dwakroć cierpliwości! — „Wielu ludzi dotkniesz tym boleśnie”. — Wiem o tym; i wiem także, iż podwójnie przyjdzie mi to odpokutować, raz ze współczucia dla ich bólu, po wtóre skutkiem zemsty, jaką na siebie ściągnę. Niemniej jednakże trzeba postępować tak, jak postępuję.

467.

Dziedzina piękna większa jest! — Podobnie jak zmyślnie i radośnie rozglądamy się śród przyrody, by właściwą wszystkiemu krasę odkryć i niejako na uczynku podchwycić; podobnie jak każdą połać wybrzeża ze skałami, zatokami, oliwami i piniami, raz w pełnym świetle słonecznym, innym zaś razem przy nadlegającej burzy lub w najbledszych zamierzchach staramy się tak ogarnąć wzrokiem, jak tego jej doskonałość i mistrzostwo wymaga: tak samo powinniśmy rozglądać się śród ludzi jako ich badacze i odkrywcy, czyniąc im dobrze i źle, by objawiała się właściwa im piękność, co u jednego pełna jest słońca, u drugiego dyszy grozą burzy, u trzeciego zaś dopiero w półmroku i przy dżdżystym niebie rozchyla swoje kwiecie. Czyż nie wolno lubować się złym człowiekiem niby dzikim krajobrazem, co odznacza się właściwą sobie śmiałością linii i migotań świetlnych, podczas gdy ten sam człowiek, kiedy udaje dobrego i prawego, przedstawia się naszemu oku niby karykatura i chybiony rysunek, drażniąc nas zarazem niczym skaza na przyrodzie? — Nie, nie wolno: dotychczas pozwalano szukać piękna jeno w moralnie-dobrym — wystarczający powód, dlaczego tak mało znaleziono i dlaczego tak wiele za urojonymi, niecielesnymi pięknami rozglądać się musiano! — Podobnie jak ludzie źli znają na pewno sto rodzajów szczęścia, o których cnotliwcy nawet nie marzą, tak samo — ich udziałem jest sto odmian piękna: a wielu zgoła jeszcze nie odkryto.