Śnieżnobrode, milczące zimy ty niebo, krągłooka biała ty głowo ponade mną! O, ty niebiańska przenośnio duszy mojej oraz jej swawoli!

Zalim nie powinien się ja ukrywać, jako ktoś, co złoto połknął, — aby mi duszy nie rozpłatano?

Zalim181 ja koszturów182 dźwigać nie powinien, aby długie me nogi przeoczyli, — wszyscy ci zawistnicy i litośnicy wokół mnie będący.

Te dymiące, piecuchowe, zużyte, przekwitłe, utrapione dusze — jakżeby ich zawiść mogła znieść me szczęście!

Przeto pokazuję im tylko lody i zimę na wierzchołkach swych — zaś nie to, że góra moja jeszcze i słońca wszystkie zawoje wokół siebie zarzuca!

Słyszą wszak tylko mych zimowych zamieci poświsty: zaś nie to, że i ja ponad ciepłymi niosę się wody, jako tęskne, ciężkie i gorące wichry południa.

Litują się nad mymi wypadki i przypadki183: — lecz moje słowo brzmi: „pozwólcie przypadkowi przyjść do mnie: niewinny jest on, jako dziecię!”

Jakżeby me szczęście oni znieść mogli, gdybym wypadkami, zimy niedolą, czapicami niedźwiedzi białych i śnieżnego nieba osłonami szczęścia mego nie osłaniał!

— i gdyby mnie samemu luto184 się nie stało od ich litowania: od litości tych zawistników i litośników!

— i gdybym sam się przed nimi nie uskarżając i zębami nie podzwaniając, nie zezwalał cierpliwie, aby mnie ich litość otulała!