Tym jest mej duszy swawola i dobra dla ludzi wola: że swej zimy i mroźnych swych zamieci nie ukrywa; nie ukrywa ona i odmrożeń swoich.
Samotność jednych to ucieczka chorego, samotność innych jest ucieczką przed chorym.
Niechże więc słyszą, jak oto zębami podzwaniam i wzdycham na zimowym mrozie, niech słyszą ci wszyscy, krzywo na mnie spozierający poczciwcy! Z takim oto wzdychaniem i zębów podzwanianiem uciekam precz od ich nagrzanych izb.
Niechże mi współczują i wespół wzdychają nad tymi odmrozinami mymi: „przy lodzie poznania zamarznie on nam jeszcze!” — tak oto wyrzekają.
Tymczasem biegam ja na ciepłych nogach tam i siam po wzgórzu swym Oliwnym: w słonecznym zakątku mej góry Oliwnej śpiewam i szydzę z wszelkiej litości.
Tako śpiewał Zaratustra.
O mijaniu
Drogi okólne wiodły Zaratustrę przez ludów i miast wiele, w powolnej wędrówce zbliżał się tak oto ku górom swym i ku jaskini. Aż tu nagle ujrzał przed sobą bramę wielkiego miasta: wyskoczył z niej błazen spieniony i, rozwarłszy ramiona, zastąpił mu drogę. Był to ten sam błazen, którego lud zwał, „małpą Zaratustry”: gdyż przejął był on nieco ze zdań Zaratustry i zapożyczał się chętnie ze skarbnicy jego mądrości. Błazen zwrócił się do Zaratustry w te słowa:
— O, Zaratustro, tu jest wielkie miasto: ty nie znajdziesz tu niczego, a stracić możesz wszystko.
Czemuż to chcesz w tym mule grząźć? Pożałowanie miej dla nogi własnej! Spluń lepiej na bramę miejską i — zawróć!