1863

Umysł wywiera na wybitne kobiety takie samo wrażenie, jak waleczność. Dlaczego? Bo jest również walecznością, a nawet dokonywa swych czynów w jeszcze wyższej dziedzinie.

(Z listu) Co się tyczy pańskich zarzutów przeciw realizmowi Gigesa i Nibelungów, to tak tu, jak wszędzie realizm kładę tylko w moment psychologiczny, nie kosmiczny. Świata nie znam, bo chociaż sam jestem jego cząstką, jednak jest to cząstka tak mała, że z niej nie można nic wnioskować o jego właściwej istocie. Znam jednak człowieka — bo sam jestem człowiekiem, i chociaż nie wiem, jak on ze świata powstaje, za to wiem, jak raz powstawszy, na świat oddziaływa. Dlatego uwzględniam troskliwie prawa duszy ludzkiej; zresztą jednak wierzę, że wyobraźnia czerpie z tej samej głębi, z której wyłonił się świat, tj. istniejący obecnie łańcuch pstrych zjawisk, który jednak może kiedyś będzie zluzowany przez inny. Dlatego Nibelungi nie są dla mnie przesądem narodu, lecz, że się tak wyrażę, gwiazdozbiorem, który tylko przypadkowo nie błyszczy razem z innymi na niebie. Muszę jednak podkreślić warunki, jakie sobie po jednej stronie nakładam, gdy po drugiej płyną niejako w nieskończoność. Oto nigdy nie pozwalam sobie zapożyczać motywu z tej ciemnej dziedziny nieokreślonych i niedających się określić sił, o którą tu chodzi; ograniczam się do wyławiania cudownych świateł i barw, które nasz rzeczywiście istniejący świat w nowy blask zanurzają, nie zmieniając go. Giges możliwy jest bez pierścienia, Nibelungi bez skóry rogowej i „czapki-niewidki”.

Wszelka poezja fantastyczna, nawet baśń, obraca się w powyżej zakreślonych granicach. Posługuje się światem, jak dzieci gliną, z której lepią różne figurki, ale nie tyka człowieka. Wciela go wprawdzie i przepędza przez wszelkie możliwe ciała zwierzęce, bo jego ciało należy także jeszcze do świata, zamyka go nawet w drzewach i skałach, ale królewicz zostaje królewiczem, dziewica dziewicą itd. Z reguły zaś poprzestaje na uchyleniu przestrzeni i czasu.

Mniemam, że natura może stworzyć taką twarz jak Goethego, Richelieugo tylko wtedy, jeżeli tę jednostkę obdarzy wszystkimi zdolnościami ludzkimi równocześnie; ludzie specjalni mają wygląd całkiem inny. Jak istnieją talenty cząstkowe, tak samo istnieją cząstkowe fizjonomie, w których odzwierciedlają się chytrość, spryt, rozum itd, ale nic uniwersalnego; wyzywają one karykaturę, podczas gdy, że się tak wyrażę, twarzy uniwersalnych prawie nie można zeszpecić. Mam na myśli Aleksandra, Cezara, Napoleona, Goethego, Rafaela, i także i Richelieugo, których głowy można jeszcze rozpoznać nawet na fajkach i filiżankach, tak samo jak na płótnach wielkich mistrzów.

Rzymianie średnich wieków rozbijali posągi i ołtarze swoich wielkich przodków i wypalali z nich wapno do budowy domów i stajni. Tak samo barbarzyńsko postępują uczeni krytycy, gdy analizują dzieło poetyckie, żeby je zredukować do jakiejś banalności na własny użytek. Wszystkie komentarze do Fausta na przykład pokazują tylko, że ich autorom pojęcie organizmu nawet nie zaświtało.

(Z listu) Pańskie wywody o tragedii społecznej zainteresowały mnie niezmiernie, a jednak nie mogę porzucić mego estetycznego stanowiska. Znam ową straszną przepaść, którą mi pan odkrywa, wiem, jaka masa nędzy ludzkiej ją napełnia. Nie patrzę na nią z ptasiej perspektywy, bo spoufaliłem się z nią od dziecka: moi rodzice wprawdzie w niej nie leżeli, ale zaledwie z trudem zakrwawionymi palcami trzymali się krawędzi. Ale to jest nieszczęście ogólne, wywołane nie dopiero przez spaczony bieg historii, lecz dane od początku wraz z człowiekiem, nieszczęście, które nie dopuszcza pytania o winę i zadośćuczynienie, tak samo jak śmierć, to drugie powszechne i ślepe nieszczęście, a przeto tak samo jak śmierć nie prowadzi do tragedii. Owszem, z tego punktu widzenia dochodzi się raczej do zupełnej negacji tragedii, do satyry, która rzuca moralności świata w twarz jej krzyczące sprzeczności... Przytacza mi pan kastową organizację Indii, wojnę Rzymian z niewolnikami pod wodzą Spartaka, niemieckie wojny chłopskie itd., ale to wszystko nadaje się do tragedii tylko z religijnego albo z komunistycznego stanowiska, bo religijne uznaje winę całego rodu ludzkiego, za którą pokutuje jednostka, a komunistyczne wierzy w wyrównanie. Ja jednak takiej winy nie znam, a w wyrównanie nie wierzę.

Silny człowiek nie może uścisnąć słabemu ręki, nie sprawiwszy mu bólu. Tak samo olbrzym ducha.

Piękno powstaje, gdy wyobraźnia nabiera rozumu.

Gdyby jakiej generacji rodu ludzkiego pozostawiono do woli, czy chce żyć wiecznie, ale pod warunkiem, że nikt nie zmartwychwstanie ani nikt się nie narodzi: czy znalazłaby się wtedy mniejszość, której by żal było za Cezarem i Aleksandrem, za Szekspirem i Goethem, za Fidiaszem i Rafaelem i która by się nie chciała pozbawić także geniuszów przyszłości? Czy taka mniejszość podniosłaby głos i wygrała sprawę?