Procesy życiowe nie mają nic do czynienia z świadomością, najwyższym z nich zaś jest twórczość artystyczna. Odróżniają się one tym od procesów logicznych, że nie dadzą się absolutnie sprowadzić do określonych czynników. Kto kiedy zdoła podsłuchać stawanie się w jakiejkolwiek fazie i czy fizjologiczna teoria zapłodnienia pomimo mikroskopicznie ścisłego opisu odnośnego aparatu przyczyniła się do rozwiązania głównej tajemnicy? W przeciwstawieniu do tego nie ma ani jednej kombinacji, której by nie można śledzić we wszystkich zakrętach i w końcu rozwiązać; budowla świata stoi dla nas otworem, możemy zagrać na skrzypcach do tańca ciałom niebieskim, ale kiełkujące źdźbło jest i pozostanie dla nas zagadką. Można wyśmiać Newtona, gdyby udając naiwne dziecko twierdził, że spadające jabłko natchnęło go myślą o prawie ciążenia, chociaż rzeczywiście mogło mu dać tylko pierwszy impuls do zastanawiania się nad tą sprawą; natomiast ubliżyłoby się Dantemu, gdyby się powątpiewało, że na widok na wpół jasnego, na wpół ciemnego lasu z duszy jego wynurzyła się w kolosalnych zarysach wizja nieba i piekła. Bo systemów nie można wyśnić, ale dzieł sztuki nie można wyrachować ani wymyślić — co na jedno wyjdzie, bo myślenie jest tylko wyższego rodzaju rachowaniem. Wyobraźnia artystyczna jest właśnie organem, który wyczerpuje głębiny świata niedostępne dla innych zdolności, i dlatego mój pogląd stawia w miejsce fałszywego realizmu, który bierze część za całość, realizm prawdziwy, obejmujący i to, co nie leży na powierzchni.

Z lekarzami obchodzę się tak, jak z poetami. Wielkim arogantem musiałby już być poeta, żebym ganił wiersze, które mi odczytuje, a lekarz pobudzi mnie do opozycji chyba aż wtedy, gdyby chodziło o życie i śmierć. Zwykle mówię lekarzom to, co chcą słyszeć; jeżeli oni sami objawiają naiwne zaufanie do swojej metody, to nie mam serca zasmucać ich, wolę raczej oświadczyć im, że czuję polepszenie, niż powiedzieć prawdę.

„Usprawiedliwianie się” kłamcy podobne jest zupełnie do wysiłków ściętej głowy, by przemówić.

Nie chcę, żeby mi zabrakło tego błogosławieństwa, które tkwi w przekleństwie nieprzyjaciół.

Pod pewnym względem bardziej hartuje się charakter przez to, gdy się kogo zabije, niż gdy mu się nagniotki wycina.

Jesteśmy wszyscy zdrowi; jakże się z tego cieszę! B. dziwił się przed laty, że Paryż, po którym całymi dniami razem chodziliśmy, nie znudził mi się nigdy, i zazdrościł mi tego. Dziś go rozumiem. Życie wielu ludzi jest dlatego tak bezbarwne i nudne, że wszystko, co posiadają, czego by im jednak i zabraknąć mogło, zaliczają niejako do swego „ja” i traktują jako coś nieodłącznego od swej istoty. Wtedy naturalnie musi nastąpić zupełny zastój wewnętrzny, chyba że przerwie go tylko nagłe wyrośnięcie skrzydeł u ramion, ale i to tylko na chwilę, bo taki człowiek zaraz zespoli się z aniołem i znowu będzie grymasił. U mnie jest inaczej. Nie cieszę się wprawdzie z tego, że mam płuca, bo bez nich nie mógłbym istnieć, ale cieszę się już z tego, że moje płuca są zdrowe, że nie jestem garbatym, że ręce i nogi nie odmawiają mi posłuszeństwa itd. Cieszę się kawą rano, obiadem, podwieczorkiem, łóżkiem i nawet w najprzykrzejszym dniu poskramiam swą niecierpliwość, myśląc sobie: może taki dzień wyda ci się kiedyś jeszcze nieosiągalnym ideałem, wycinkiem ze złotego wieku, gdy będziesz leżał stary, biedny, chory i opuszczony!

Jak bogaty wydaje się sobie człowiek w młodości! A w starości czuje się ptakiem, który ma wypić ocean i rozebrać górę ziarnko po ziarnku! Ale i jedno, i drugie jest konieczne.

Przypisy:

1. Judytę i Marię Magdalenę wydała w polskim (...) — poza wyżej wymienionymi wydaniami w przekładzie polskim ukazały się dramaty: Judyta w 1881 r. (Warszawa), 1908 i 1923 (Lwów); Maria Magdalena w 1906 i 1923 r. (Lwów). [przypis redakcyjny]

2. Falstaff, John — fikcyjna postać ze sztuk Shakespeare’a o Henryku IV i w Wesołych kumoszkach z Windsoru; otyły, tchórzliwy, rubaszny, gadatliwy i dowcipny opój jest towarzyszem młodego księcia Henryka, który zostanie w przyszłości królem Anglii, Henrykiem V. [przypis edytorski]