Zdrowy człowiek znajduje o wiele łatwiej właściwy stosunek do natury niż do sztuki.
Cierpienie jest tajemnym pozdrowieniem, którym się dusze porozumiewają.
Natura człowieka i los człowieka, oto dwie zagadki, które dramat usiłuje rozwiązać. Różnica między dramatem starożytnych a dramatem nowożytnym polega na tym: starożytni chodzili po labiryncie losu z pochodnią poezji, my, nowsi, staramy się naturę ludzką w każdej postaci lub nawet przedrzeźnieniu sprowadzić do pewnych wiecznych i stałych rysów. W ten sposób dla starożytnych było środkiem to, co jest dla nas celem, i na odwrót. Zresztą jest dla dramatu obojętne, do którego z tych dwóch celów się dąży, byleby się dążyło poważnie i z godnością, gdyż obydwa zawierają się w sobie nawzajem. Fatum Greków nie miało oblicza, było straszną tajemnicą nawet dla bogów; los nowożytnych jest cieniem Boga, Niepojętego i Nieodgadnionego.
W polemice nie tyle chodzi o żołnierzy, co o ich uzbrojenie.
Pierwszy rzut, zwłaszcza w liryce, nie stawia grubych granic, ale zatacza niewidzialne koła, poza które już wyjść nie można.
Człowiek jest tak próżny, że chełpi się nawet cierpieniami. Już Biblia mówi: kogo Pan kocha, tego karze. Z jakąż przyjemnością opowiada niejeden o swej chorobie! Lecz przynajmniej rany są orderami, którym się jeszcze najłatwiej przebacza śmieszność.
Są cierpienia, podobnie jak i radości, które odczuwa tylko człowiek pospolity.
Im indywidualniejszy jest jaki utwór, tym pewniej posiada obok sensu indywidualnego także sens ogólny, niejako alegoryczny — w tym wyższym znaczeniu — które kształtów nie tylko nie wyklucza, lecz owszem, stawia je za warunek.
Wszelkie indywidualizowanie prowadzi do formy wiecznej, wewnętrznej, której pokostem tylko jest forma zewnętrzna, a tylko ze skończonej formy wypływa wyzwolenie. Przez wyzwolenie rozumiem akt odłączający niejako utwór od jego pępowiny, albowiem utwór musi zawsze tkwić w subiektywnych potrzebach, jeżeli nie ma być zimny.
Każdy błąd jest zamaskowaną prawdą.