Głównym zarodkiem mego nieszczęścia jest mój talent poetycki. Jest on za wielki, abym go mógł stłumić, za mały, aby mi się pielęgnowanie go stosunkowo opłaciło. Muszę jednak dodać, że ten fatalny mój stosunek do mego talentu jest tylko skutkiem bezdroży, jakimi szło moje życie. Czuję aż zanadto wyraźnie: dźwignie, za których pomocą mógłbym wprawić w ruch moje siły, są złamane; jestem o wiele bogatszy, niż uda mi się to kiedykolwiek pokazać. Ten tylko, kto jest w podobnym położeniu, może odczuć, co to znaczy. To jest prawda, na wiecznego Boga, to prawda, niczego nie jestem tak pewny, jak tego. Tak jest zapewne człowiekowi, który utracił nogę; gdy siedzi lub leży, czuje w sobie pewną siłę chodu i nie drży przed żadną metą, ale gdy wstanie, kuleje i naraża się nawet na śmiech. Tak jest: słońce świeci człowiekowi tylko raz, w dziecięctwie i wczesnej młodości. Jeśli się wtedy zagrzeje, nie będzie mu nigdy zupełnie zimno, a ziarna w nim tkwiące rozwiną się, wydadzą kwiat i owoc. Tieck mówi gdzieś w tym samym sensie: tylko kto dzieckiem był, staje się mężem; zadrżałem, gdym to pierwszy raz czytał, zmora, która okrada moje życie, otrzymała nazwę. Jak ponure, jak opustoszałe były moje lata dziecięce! Mój ojciec właściwie mnie nienawidził, a i ja nie mogłem go kochać. On, niewolnik małżeństwa, żelaznymi łańcuchami przykuty do nędzy, nie w mocy mimo największe wytężenie sił wyzwolić się z tego jarzma i posunąć się choć o krok dalej, nienawidził jednak i radości; droga do jego serca była przed nią zarosła ostami i cierniami, więc nie mógł jej także znieść na twarzach swych dzieci, wesoły, wyrywający się z piersi śmiech był w jego oczach zbrodnią, urąganiem jemu, chęć zabawy uważał za lekkomyślność, nicpoństwo, niechęć do grubej pracy ręcznej, za wrodzone zepsucie, za powtórny grzech pierworodny. Mnie i brata nazywał swoimi wilkami; nasz apetyt psuł jemu apetyt, rzadko kiedy wolno nam było zjeść kawałek chleba bez słyszenia wyrzutów, że nań właściwie nie zasługujemy. Mimo to był mój ojciec (nie napisałbym tego, gdybym o tym nie był jak najgłębiej przekonany) dobrym, wiernym, pełnym dobrej woli człowiekiem; ale ubóstwo zajęło miejsce jego duszy. Bez szczęścia nie ma zdrowia, bez zdrowia nie ma człowieka!

Przykro jest musieć walczyć z zewnętrznymi trudnościami i poświęcać im połowę duchowej siły; ale najprzykrzejsze jest to, że człowiek, który się znajduje pod takim przymusem, sam dla siebie jest zawsze niejasny, że nie może nigdy wiedzieć, czy w sytuacjach bez wyjścia działa w nim jego pierwotne, niesfałszowane ja, czy też jego wypaczony stosunek do świata. Niejasność w tym względzie może doprowadzić do rozpaczy; przyzwyczaiłbym się do każdego, najwstrętniejszego zjawiska, jakie by się z mego wnętrza wynurzyło, gdybym mógł sobie powiedzieć: i w takiej postaci musiałeś pewien czas istnieć, jeżeli w ogóle miałeś istnieć; lecz myśl: to nie twoja własna choroba, to obcy jad cię zeszpeca, ta myśl jest straszna, tym straszniejsza, że może być zupełnym złudzeniem.

Śniło mi się raz w dzieciństwie, że widzę Boga; do nieba wysoko uwiązana była lina, na której końcu usiadłem i huśtałem się. Z wielką trwogą wzlatywałem w obłoki i chciałem zawsze wyskoczyć, ilekroć lina znowu dotknęła ziemi, lecz nie miałem odwagi. Pamiętam jeszcze jak najdokładniej wszystkie wrażenia; zdaje mi się, że widzę jeszcze czerwone kamyczki, które zauważałem na ziemi, ilekroć musnąłem ją wzrokiem. Innym znów razem, może przedtem albo w tym samym czasie, zdawało mi się, że widzę „naszego Pana Boga” (wyrażenie moich rodziców) w naszym domu, a mianowicie (śmieszne to, lecz prawdziwe) w osobie czeladnika stolarskiego, który przyszedł do mojego ojca. Spytałem potem matki: — nieprawdaż, to był „nasz Pan Bóg?” — i dostałem od niej odprawę; ale pamiętam tylko fakt, nie to, com przy tym myślał lub odczuwał. Czeladnik ów miał kurtkę z niebieskimi i białymi paskami.

Ludzie fabrykowani przez miernych, choć rozumnych poetów różnią się tym od ludzi rzeczywistych, że mają wgląd w samych siebie, że wiedzą, czym są i dlaczego co czynią, podczas gdy ludnie żywi są szczęśliwi, jeżeli choć trochę wiedzą, kim byli i dlaczego coś uczynili. I to wprawdzie musi być w utworze poetyckim pokazane, a ponieważ wszelkie opisywanie i eksplikowanie jest śmiercią poezji, musi być pokazane często właśnie za pośrednictwem przedstawionego człowieka, ale prawdziwy poeta osiąga ten cel całkiem innymi środkami. Posługuje się tajemniczą mocą słowa, słowo zaś jest wprawdzie produktem charakteru i sytuacji, ale jeszcze bardziej odsłania człowieka, który je wypowiada, niż rzecz, którą oznacza.

Modlitwa Pańska jest cudownym wyrazem najgłębszego stanu duszy ludzkiej, gdyż powstała z wahania się między własną siłą, która chce się natężać, a wyższą potęgą, którą poryw uczucia przyzywa. Na jak boskiej wyżynie stoi człowiek, gdy modli się: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”! Samodzielny, swobodny stoi wobec bóstwa i własną ręką otwiera sobie piekło lub niebiosa. A jak wspaniałe jest, że z tego dumnego uczucia rodzi się tylko najczystsze westchnienie pokory: „i nie wódź nas na pokuszenie”! Można powiedzieć: kto tę modlitwę szczerze odmawia, kto ją głęboko odczuwa, i o ile to w ludzkiej niemocy, według niej żyje, ten jest już wysłuchany, musi być wysłuchany. „Amen” wypływa bezpośrednio z samej modlitwy; w ten sposób jest ona dziełem sztuki w najwyższym znaczeniu.

Myśl o grzechu pierworodnym jest najnaturalniejszą myślą człowieka. Jak często czyni człowiek coś, czego już podczas czynu i przed nim żałuje; jak często woła: fe! pluje w szklankę, a przecież ją wychyla. Najważniejszym zadaniem zresztą byłoby wykazać osobiste, indywidualne potrzeby we wszystkim, co z biegiem czasu stało się ogólną wiarą, niezbitym na pozór dogmatem; tylko w ten sposób można by osiągnąć niejaką swobodę poznania. Na tej drodze robi się najdziwniejsze odkrycia, na przykład, że płaszcz Boga złatany jest z szlafroka człowieka i z kostiumu upiorów jego sumienia.

Człowiek nie może nigdy uczynić nic pospolitego, może tylko myśleć i odczuwać pospolicie. Działalność jego jest tylko materiałem, na którym próbuje się jego dusza.

Sądzę, że porządek świata, zrozumiały dla człowieka, byłby dla niego nieznośniejszym niż niezrozumiały. Tajemnica jest właściwym jego żywiołem, chce on coś widzieć, lecz nie wszystko; a gdy widzi wszystko, mniema, że nie widzi nic.

Gdyby zło nie musiało się kiedyś przerobić na dobro, mogłoby mieć takie same prawa do istnienia jak dobro. Nie godzi się ono tylko dlatego z porządkiem świata, że nie zostaje tym, czym jest.

Pewną oznaką samopoznania jest, jeżeli się w samym sobie odkrywa o wiele więcej błędów niż w innych.