Nie powinno się nigdy dysputować z człowiekiem, który nie stoi z nami na równym poziomie. Jak można fechtować się z kimś, kogo dopiero trzeba uczyć fechtunku, ba, komu trzeba dopiero broń ukuć!

Duch ma szczególne upodobanie w tym, żeby się wiązać, a potem znów uwalniać, bo czyż w każdym życiu nie o to tylko chodzi?

Jest niechybnie zbrodnią zamordować człowieka; ale zatruć mu jego atmosferę za pomocą jakiegoś zabójczego fermentu, tak żeby musiał zginąć, nie byłoby już grzechem. Człowiek, który by wywołał rozkład powietrza za pomocą takiego — zdaniem Lichtenberga możliwego — fermentu, nie mógłby ponieść kary już choćby dlatego, że wraz z całą ludzkością zginąłby sędzia i mściciel, co prawda, i zbrodniarz także.

Wszystkie rozważania, które wiodą w dal i w nieskończoność, nie są nic warte. W chwili gdy jem i piję, tylko to jedzenie i picie jest ważne, a różne myśli przedwstępne i następcze — na przykład, że fakt jedzenia i picia jest dowodem takiegoż braku we mnie, który się tylko na tę chwilę uzupełnia — mogą co najwyżej zepsuć apetyt albo trawienie. Tak samo z życiem. Jest ono może jedzeniem i piciem w wyższym sensie, ale to nie powinno człowieka nic obchodzić.

Prawdziwy poeta jest bezstronny jak natura właśnie dlatego, że jest naturą. Mimo to są jego orły obdarzone pazurami, aby porywać węże, a lwy łapami, aby odstraszyć psy.

Tego się jeszcze nie dosyć uwzględnia, że kto w sztuce nie potrafi wypełnić większej formy przynajmniej w połowie, ten także ciaśniejszej nigdy całkowicie nie wypełni.

Pierwszym stadium formy jest słowo, w które myśl musi się wcielić, aby przede wszystkim stać się myślą.

Alegoria ma się tak do prawdziwie poetycznego obrazu życia, jak mapa do krajobrazu.

Być w stanach i zarazem nie być w nich — to daje im urok. Dlatego ma dla nas używanie życia za pośrednictwem sztuki więcej uroku niż używanie bezpośrednie, bo jest niejako przechodzeniem na drugą stronę, odwiedzaniem, a nie rozpływaniem się. Uczucie obudzone przez sztukę jest takie samo, jakie mamy, gdy dopiero wstępujemy w jakiś stan: woń bez mętów.

Przeczucie i wszystko, co ma z nim związek, istnieje tylko w poezji, której głównym zadaniem jest uczynić skostniały wszechświat znowu płynnym i poszczególne istoty, zamarzające w samotności, znowu tajemniczymi nićmi z sobą wzajemnie połączyć, aby ciepło od jednej do drugiej przepływało. Człowiek jest ogromnie ograniczony; może nawet spać spokojnie, gdy w pokoju tuż obok mordują jego najdroższego przyjaciela. To jest z jednej strony źle, ale z drugiej znowu dobrze. Mój Boże, gdyby to, czym byśmy być mogli lub co byśmy mogli zdziałać, czuć, użyć, poznać — gdyby to wszystko choćby z daleka padało w okrąg naszej świadomości, życie nasze byłoby ustawicznym samobójstwem, bo natura z dwóch sprzeczności może nam tylko jednej udzielić. To, co się narodziło i rozwinęło, tęskni za swym przeciwstawieństwem, które utknęło w zarodku, i gdyby rzeczywiście mogło je w duchu uchwycić i z nim się zidentyfikować, gdyby na przykład kwiat mógł sobie rzeczywiście pomyśleć ptaka, nastąpiłaby natychmiast przemiana, kwiat stałby się ptakiem, lecz wtedy znowu ptak chciałby powrócić w kwiat i nie byłoby życia, lecz tylko ciągłe przeradzanie i odradzanie się, nowy chaos. Takie stanowisko wobec świata ma po części artysta, stąd wieczny niepokój w poecie, wszystkie możliwości tak się cisną do niego, że uprzykrzyłyby mu rzeczywistość, gdyby właśnie ta sama siła, która nań te możliwości nasyła, nie uwalniała go od nich w ten sposób, że wcielając je w postacie i kształty zamienia je niejako w rzeczywistość i niszczy ich czar niebezpieczny. Nikt jednak, kto sam tego nie doświadczył, nie przeczuwa, jak trudno jest zachować tę równowagę, toteż natury, którym brak prawdziwego talentu do formy, muszą się w sobie załamywać i trawić się w cierpieniach lub szaleństwie.