Boże! Córko moja!

FERDYNAND

Blada jak śmierć! — teraz dopiero podoba mi się córka twoja! Tak piękną jeszcze nie była ta pobożna, poczciwa córka twoja — z tą trupią twarzą. Tchnienie sądu ostatecznego, co zedrze powłokę z każdego kłamstwa, zdmuchnęło z jej twarzy farbę, którą by kuglarka aniołów nawet światła oszukać mogła. To jej twarz najpiękniejsza — to jest twarz prawdziwa — pozwól, niech pocałuję.

Idzie do niej.

MILLER

wstrzymując

Precz, precz — nie tykaj ojcowskiego dziecka. Od twoich pieszczot ochronić jej nie mogłem, ale od zniewag zasłonię.

FERDYNAND

Czego chcesz tu głowo siwa! z tobą nic nie mam do czynienia, nie mieszaj się do gry zupełnie straconej — albo możeś ty mędrszy, niżeli mi się zdawało — możeś roztropność sześciudziesiąt lat twoich do romansu córki twojej wynajął i włos twój siwy rzemiosłem skalał hańbiącym. O! Jeśli tak nie jest — nieszczęśliwy, stary człowiecze, pochyl głowę i umieraj — jeszcze wsłodkim zaśniesz złudzeniu, że byłeś ojcem szczęśliwym. Chwila później — a strącisz jadowitą jaszczurkę do jej piekielnej ojczyzny, przeklinać będziesz dar i dawcę i z bluźnierstwem Boga zstąpisz do grobu. Do Ludwiki. Powiedz, nieszczęśliwa! Pisałaś list ten?

MILLER