Szpigelberg, Racman i banda rozbójników w gromadach tu i owdzie rozsypanych.
RACMAN
Tyż to? ty istotnie? Niechże cię zduszę na winną polewkę, kochany, serdeczny Maurycy! Bądź nam wśród czeskich lasów pozdrowiony. I wyrósł, i zmężniał! Siarczystyż to batalion! Przywodzisz rekrutów w całej paradzie, ty zwinny werbowniku!
SZPIGELBERG
Nieprawdaż, bracie? nieprawdaż? I całą gębą chwaty chłopaki. Nie uwierzysz, widoczne błogosławieństwo boże za mną ugania: jak mię73 widzisz, ot nędzny, zgłodniały chudeusz, ten kij tylko miałem, gdym Jordan przechodził — a dziś jest nas siedmdziesięciu ośmiu: po największej części zrujnowanych kramarzy, odprawionych belfrów, i pisarczuków ze szwabskich prowincji. To korpus chwacki, braciszku, wyborne chłopaki, powiadam ci — jeden drugiemu guziki kradnie od sukni i jeden przy drugim z nabitą tylko strzelbą pewny jest życia — i znają ich, i na czterdzieści mil w około mają respekt — to nie do pojęcia. Nie ma dziennika, żebyś tam o wisusie Szpigelbergu jakiegoś artykuliku nie wyczytał — tylko o mnie piszą. Od stóp do głowy masz mię przedstawionego — myślisz, że mię widzisz. Nie zapomnieli nawet guzików od mojego surduta. Ale też nielitościwie ciągniemy ich na dudka. Niedawno lecę do drukarni, oświadczając, że osławionego Szpigelberga na własne widziałem oczy — i dyktuję pisarczukowi, co tam siedział, żywy obraz miejscowego eskulapa74 — rzecz się rozeszła, pociągają nygusa par force75, wypytują — a ten w strachu i głupocie wyznaje, niech mię wszyscy diabli porwą! wyznaje na czysto: że jest Szpigelbergem. Do trzystu piorunów, tylko co nie skoczyłem do magistratu, żeby zaskarżyć łajdaka, iż mojem imieniem śmie tak poniewierać — we trzy miesiące jednak już go powieszono. Musiałem dobry niuch tabaki wpakować do nosa, gdym przechodził potem koło szubienicy i widział fałszywego Szpigelberga w całej chwale dyndającego — a tak gdy Szpigelberg wisi, Szpigelberg pomaleńku wywinął się z łapki76 i poza plecami przemądrej sprawiedliwości pokazywał ośle uszy, że aż litość brała.
RACMAN
Śmiejąc się.
Zawsze jednakowy!
SZPIGELBERG
Jak widzisz, ciałem i duszą. Muszę ci też opowiedzieć o figlu, com w klasztorze celestynek niedawno wypłatał. Postrzegam w mojej wędrówce klasztor jakiś na drodze — tak ku zmierzchowi — a żem przez cały dzień ani jednego naboju nie ruszył, a jak wiesz, na śmierć nie cierpię „diem perdidi77” postanowiłem noc uczcić wspaniałem dziełem, choćby tam przyszło diabła ucho odkręcić. Czekamy cichutko do późnej nocy — ani mysz pisnęła. Światła pogasły, i skoro nam się zdało, że już mniszki skurczone w piernatach, biorę z sobą Grima, a drugim każę stać przy bramie, aż póki nie dosłyszą mojego świśnięcia. Chwytam stróża klasztornego, odbieram mu klucze, wciskam się ostrożnie do celek, gdzie dzieweczki spały, sprzątnąłem sukienki i hop do bramy z tłumokiem. Tak od celi do celi, zabraliśmy wszystką odzież jednej po drugiej — a na samym końcu pannie przeorysze. Jak gwizdnę: moje chłopcy nuż z podwórza stukać i szturmować, jakby na dzień sądny, i z bestialskim hałasem lecieć do wnętrza cel. Ha, ha, ha! trzeba ci było hecę obaczyć, jak te biedne kotki po omacku szukały sukienek i załamywały rączęta z rozpaczy, widząc, że gdzieś poszły do diabła. My tymczasem, jak zaczniem huku puku podszczuwać, tak nieboraczki to się w prześcieradła pozawijały, to w kuczki przysiadły pod piecem, i dalej szlochać i lamentować, aż na koniec stara ropucha przeorysza się przywlekła. Wiesz, bracie, że na tym szerokim ziemi okręgu nic dla mnie nie ma obrzydliwszego jak pająk i baba stara — cóż dopiero, wyobraź sobie, jak ten uwędzony pomarszczony kudłaty tłuk na swoją dziewiczą czystość zaklinać mię począł! Do trzystu diabłów! jużem wszystkie pięści nastawił, żeby jej tę resztę kości połamać: słowem, krótko i węzłowato, albo na stół srebra wszystkie, skarby kościelne i białe talarki, albo moje chłopaki wiedzą, co zrobić. Otóż powiadam ci, wyciągnąłem z klasztoru więcej jak na tysiąc talarów i śmiechu do rozpuku, a chłopcy jeszcze w dodatku pozostawili pamiątkę na dziewięć okrągłych miesięcy.