— Słuchaj, Hanka!... — zaczęła, lecz urwała, bo dziewczyna zwróciła ku niej swą twarz pożółkłą i wynędzniałą, w której Michasia nagle poznała żółtość swej własnej cery i podsiniałych oczu.
— A co młodsza pani chce? — spytała dziewczyna.
Michasia nie odpowiedziała nic, zdjęła ją jakby trwoga przed tym macierzyństwem, które miała przed sobą, macierzyństwem w oczach świata grzesznym i występnym, które niemniej przecież, w istocie rzeczy było tym samym naturalnym wypełnieniem kobiecego przeznaczenia, spłaceniem obowiązku, które jak fatalne a mistyczne piętno na łonie kobiety spoczywa.
Michasia była już trochę tą „zbuntowaną”, która poza ciasną ramę surowej moralności wybiega i liczy się z nieubłaganą koniecznością praw natury, mierząc przestępstwa nie nakreślonym szablonem, lecz logiką ustroju fizycznego winowajcy.
Matka jej nazywała Hankę „ladacznicą”, lecz Michasia, sama czując w sobie żyjącą istotę, nie mogła potępić tej drugiej, która także niosła w sobie nowe życie i stała teraz przed nią pobladła i zmęczona ciągłą pracą, czuwaniem i brakiem jakichkolwiek wygód i starań.
Hanka podniosła się z ziemi i sagan ustawiła na otwartym oknie, przez które płynęło łagodne, wiosenne powietrze. Maj śmiał się całą pełnią, skraj nieba, nad dziedzińcem zawieszony, miał o zachodzie liliowobłękitne tony. Kanarek, skulony w środku klatki, żółcił się jak maluchna, blada gwiazdeczka.
Nagle Michasia zebrała się na odwagę.
— Czemu ty Hanka za mąż nie idziesz?... — spytała, nie znajdując innej możności zaczepienia drażliwego przedmiotu.
Lecz Hanka spojrzała na pytającą z wyrazem smutnego zdziwienia.
— A kto by się ta żenił ze mną... — odparła, bębniąc palcami po brzegach saganu. — Albo to ja mam co... ni to posagu, ni uczciwej kiecki!