Cały szereg fatalnych zmysłowych obrazów przesuwał się przed oczami tej skromnej i biednej istoty.
Wyobraźnia jej rozpasała się nagle i przełamała bariery wstydu i konwenansów światowych.
Chwilę w fantazji swej ta mała, gruba urzędniczka w kapeluszu na bakier i zbyt ciasnych bucikach miała pożądania i chęci Messaliny 25, marzącej na łożu ze słoniowej kości...
Lecz nagle ten, który wzbudził w tej małej, śmiesznej duszy cały pożar nieznanych jej namiętności i pragnień, wstał i zadzwonił kuflem o spodek.
— Zahlkellner!26...
Do stolika przypadł kelner, zgarnął pieniądze i podał mężczyźnie laskę.
Frania rozpaczliwie zacisnęła ręce pod narzutą. Kilka frędzelek dżetowych pękło z suchym trzaskiem.
Mężczyzna powoli, lawirując wśród stołów, odszedł, przekroczył ogrodzenie i znikł w ciemnej alei, gdzie zamiast lampionów przez gęste krzaki przedzierał się srebrny blask księżyca.
W oczach Frani równocześnie zgasły fosforyczne blaski, gorączka ustąpiła nagle chłodnemu spokojowi. Poprawiła kapelusz i wypiła resztę piwa. Zasznurowała usta i złożyła ręce w małdrzyk27, siedziała tak gruba, niska, zgarbiona w swej dżetowej pelerynce z „kokockim” kwiatem na czubie kapelusza.