Ale Janowi obojętna jest widocznie cudza własność. Z niewysłowioną ironią patrzy na Kaśkę, a zapaliwszy fajkę, rzuca niedbale niezagaszoną zapałkę poza siebie.

— Owa! — mówi wolno, puszczając sinawe kółka, które rozpływają się powoli w powietrzu — Owa! To by ci była heca, żeby się ta hardyga spaliła! Abo to moje albo panny? Ja ta po mój kuferek jeszcze bym zdążył, a Kasię to bym na plecach wyniósł. A niechby się spaliło, nauczyłoby to pana bumblować po ulicach i nic nie robić. On pieniądze od lokatorów furtem ciągnie, a czy mu to dom prosi jeść albo pić? Nic go to nie kosztuje, a on za byle klitkę setkę se kłaść każe. Ja bym go puścił w taniec, ażeby się piętami bił po plecach. Psia krew zwykła!

Kaśka nie odpowiada nic, przyzwyczajona już do tych gwałtownych wybuchów, które ogarniają Jana na myśl o cudzym dobrobycie. Może być, że on ma i rację, tylko że ona woli się znów w takie rzeczy nie mieszać. Niech będzie tak jak jest, podpalać dom — to byłoby nieuczciwie.

Co innego kilka centów „koszykowego”, to przecież państwa nie zrujnuje. Zresztą, pani sama pokazała jej drogę...

I rozmyśla w ten sposób, wieszając powoli bieliznę, sztuka po sztuce, uważając, aby wszystko się wygodnie rozmieścić udało. Cała nędza skąpego urzędniczego życia prześwieca z tej bielizny o tanich, bazarowych fasonach, z rzadkiego perkalu uszytej. Te koszule o pospolitych haftach; kaftaniki z długimi, ubranymi falbanką rękawami; prześcieradła obrębione tylko u dołu, niezakończone ani haftem, ani koronką; poszewki równie trywialne jak głowy, które na nich spoczywały — świadczą zbyt wyraźnie o życiu pozbawionym wszelkiej elegancji, komfortu, zamiłowania piękna. Kaśka zawiesiła ostatnią spódniczkę i odetchnęła z zadowoleniem. Upał stawał się nadto ciężki do wytrzymania.

Zabrała już pusty kosz, a zamknąwszy kłódkę, gotowała się do odejścia.

Od kilku minut Jan śledził ruchy dziewczyny z wielkim natężeniem. Niezdrowa żądza zaczynała ogarniać go znowu, a w tym gorąca namiętność jego rosła nad miarę.

Gdy Kaśka przechodziła koło niego, pociągnął ją tak gwałtownie, że mimo woli usiadła na pace. Objął ją wpół i przyciągnął ku sobie. Ona, bezsilna, pozwoliła pocałować się w usta raz, drugi i dziesiąty... Nagle przyciszony chichot rozległ się pod niskim dachem strychu.

Kaśka przerażona spojrzała w stronę, skąd głos pochodził. W otwartych drzwiach wchodowych w jasnej smudze światła stała Marynka, trzymając pod pachą Parysa, który, wywiesiwszy język, dyszał ciężko wśród tego strasznego gorąca. Jak zwykle dziewczyna ta musiała się zjawić i podpatrzyć ich, kiedy się całowali.

To już zaczynało być nieznośne!