Kaśka zerwała się szybko i schwyciwszy kosz, chciała wyjść ze strychu. Nie było to jednak tak łatwe. Marynka tamowała przejście i stała wciąż we drzwiach, chichocząc się ze źle ukrytą złością.
Nie miała przecież pretensji, ażeby Jan nie miał innej kochanki, skoro się rozeszli w dobrej zgodzie, ale brać po niej Kaśkę — zdało się jej nadto oburzające.
Jan przecież wpadł w gniew i widocznym było, że teraz Marynki wcale oszczędzać nie będzie. Szło mu tak dobrze, a Kaśka pierwszy raz nie odsuwała go od siebie.
Gdyby nie ta nieznośna dziewczyna, kto wie, co by się stać mogło!
Podniósł się więc z paki, a przez zaciśnięte zęby wyszeptał ulubione swoje:
— Psia krew! a! psia krew zwykła!
Marynka przecież nie uważała tej zmiany na twarzy Jana, ona wciąż patrzyła na Kaśkę, uszczęśliwiona ze zmieszania dziewczyny. Na koniec, nie przestając się chichotać, zapytała:
— Nie widział tu pan Jan przypadkiem „tłumoka”? Tym z magistratu zapodział się gdzieś... pewnikiem jest na strychu!
Kaśka poczerwieniała cała.
Nazywa ją wobec Jana „tłumokiem”! O! Na cztery oczy niech mówi, co chce, ale nie przy nim! Nie przy nim!