Jan uśmiecha się figlarnie i myśli długo.
— W szaro-papuczastym! — odpowiada, spoglądając ze znaczeniem na swoją kratkowaną kamizelkę.
Kaśka milczy chwilę zakłopotana. Zapewne Jan mówi o sobie.
Nie może mu powiedzieć całej prawdy, a niegrzecznie odpowiedzieć też nie chce. Najlepiej wybierze drogę pośrednią.
I ze spuszczonymi oczyma, sercem bijącym, szepcze.
— Bardzo... szacuję.
Ale Jan wybucha śmiechem i z całą radością z zakłopotania Kaśki woła triumfalnie:
— Salceson!
Kaśka dzieli jego radość. Mała kuchenka rozbrzmiewa wybuchami śmiechu tych dwojga ludzi, tak dobrze odpowiadających sobie rozmiarami inteligencji. Śmieją się hałaśliwie, pokazując rzędy zdrowych zębów, połyskujących lśniącą białością w czerwonej oprawie warg grubych.
Nagle śmiech milknie i ręka Jana, niosącego właśnie do ust kawałek salcesonu, opada jakby sparaliżowana. W otwartych drzwiach jadalnego pokoju stoi Budowski, drżący, niepewny na osłabionych nogach, chwytający się ramy drzwi jak małe dziecko, które niedawno chodzić zaczęło. Wychudła ta postać, bardziej do widma niż do istoty żyjącej podobna, rysuje się ostro w jasnym świetle padającym od lampy zawieszonej nad stołem jadalnym.