Budowski wstał nagle i zapragnął przejść się po pokoju. Śmiechy dochodzące z kuchni zdziwiły go nie po mału25. Cóż to za goście bawią się tak wesoło w jego kuchni?
Wartało by zajrzeć, co ten grenadier Kaśka za bale wyprawia. Stanąwszy na progu, oniemiał z przerażenia. Jak to? Pozwala sobie do tego stopnia, że przyjmuje jakichś mężczyzn w kuchni i traktuje specjałami? Nie! Tego już za wiele!
I w najwyższej pasji chwyta się za głowę, wołając:
— Miłosierdzie boże! Co się tu dzieje! Co się tu dzieje!...
Jan powstał z miejsca, zachmurzony i niezadowolony z obrotu, jaki rzeczy wzięły. Kaśka uważa za stosowne wystąpić z obroną.
— Proszę wielmożnego pana — bełkoce, przypominając sobie kłamstwa pokojówki pragnącej zasłonić swego kochanka przed gniewem pani Lewi — „to mój... brat”.
Budowski zna dobrze Jana i nie daje się wywieść w pole.
— Brat? — krzyczy, przysiadając prawie na progu — Brat? Kłamiesz, to tutejszy Jan Viebik! Brat!... One wszystkie mają stu pięćdziesięciu braci na rok.
Ach! Tego już za wiele! Pan obraża tym niezmiernie honor Kaśki i czyni to wobec Jana. Stu pięćdziesięciu braci! — tak jakby ona przyjmowała jeszcze innych! Doprawdy, pan jest niesprawiedliwy.
Budowski tymczasem postępuje kilka kroków i staje przed stołem, przypatrując się porozstawianym talerzom i butelkom.