Są to drobne męczarnie nieznane zupełnie kobietom noszącym rękawiczki i buciki na flaneli. W ciasnej tej kuchence dręczy się istota piękna, młoda, wznosząca się wśród trywialnego otoczenia jak posąg, pełen doskonałych form i harmonii kształtów. A przecież kształty te, poranione, zsiniałe, skurczone cierpieniem, przedstawiają się jak masa, jak maszyna bezduszna, psująca się coraz więcej nadmiarem pracy i zaniedbaniem właścicielki.
W bezustannym zajęciu, zziębnięta lub rozgrzana do potęgi, z rękami poranionymi, z podeszwami spuchniętymi, z grzbietem złamanym, Kaśka stanowi istotny typ tak zwanej „sługi do wszystkiego”, sługi źle płatnej, źle odżywianej, ale zaprzęgniętej do roboty, jak prawdziwe zwierzę. Dawniej zbiegła przynajmniej na dół i na pogawędce z Janem spędziła kilka chwil przyjemnych — dziś i tej rozrywki wyrzec się musi.
Jan staje się coraz mrukliwszy, a chwilami patrzy na nią spode łba, z jakimś złośliwym uśmiechem...
Co więcej — spotkała go kilkakrotnie rozmawiającego z Marynką. Pomimo swej wrodzonej łagodności, zacisnęła pięści i chciała poczęstować Marynkę dobrym kułakiem; ale opamiętała się w czas.
Jakiś wstyd skrępował jej ręce i odeszła pełna smutku i zazdrości.
A więc Jan pogodził się z tą dziewczyną, którą sam „latawcem, wiercipiętą” przezywał? O! Kaśka dobrze pamięta, jak to było na strychu, i widzi jeszcze, z jaką wściekłością Jan bronił ją przeciw docinkom Marynki.
Teraz wszakże rozmawia z nią po kątach i śmieje się, jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło. To źle ze strony Jana, boć chłop winien zawsze ciągnąć za swą dziewczyną.
I z wielką nieśmiałością Kaśka, po rozmaitych omówieniach, zwraca uwagę Jana na niewłaściwość tego kroku.
On wszakże nie próbuje usprawiedliwić się nawet.
— A bo co? — odpowiada zuchwale, naciągając na ręce grube rękawice z czerwonej włóczki — A bo co? Cóż to, bez pozwolenia nie mogę z dziewczynami rozmawiać?... Owa, to ci zajechała!