I z pyszną obojętnością ujmuje miotłę służącą mu do zamiatania sieni i tak macha w prawo i lewo, że Kaśka musi ustąpić i wyjść na dziedziniec.

Kaśka chciała dziś jeszcze wspomnieć i o ożenku, ale jakoś nie śmiała.

Jan tą arogancją swoją zbił ją zupełnie z tonu i onieśmielił. Choć jej przyrzekł, że się ożeni, teraz nie wspomina nawet o tym.

Dlaczego?

I w głowie Kaśki powstaje wielki chaos. Miałżeby zapomnieć? O! Nie, takich rzeczy się nie zapomina.

Kaśka z trwogą zaciska ręce na piersiach. Od chwili swego upadku myśl o niedotrzymaniu danej przez Jana obietnicy dręczy ją jak zmora. Nie sformułowała jej jednak jasno — bała się tej myśli jak jakiegoś upiora, który miał jej serce z piersi wydrzeć.

Stoi tak na dziedzińcu zziębnięta, smutna, zgnębiona, maczając swe źle obute stopy w rozmakającym śniegu. Twarz jej nosi ślady bezsennych nocy i wielkiego znużenia. Oczy, ciemnymi obwódkami podkreślone, mają wyraz szczególnej tęsknoty i głębokiego smutku. Policzki zaczynają się zapadać z lekka, a twarz cała przybrała odcień więcej żółtawy, niezdrowy.

Wielka zaszła zmiana w tej pięknej i niegdyś błyszczącej zdrowiem dziewczynie, okrągłe linie podbródka znikły, natomiast gors wypełnił się jeszcze i teraz niemal rozrywa zniszczoną tkaninę kaftanika. Tylko wzrost pozostał niezmieniony, kształtne linie czoła i nosa rysują się jeszcze dokładniej przez wydelikaconą skórę — a ramiona, wspaniałe, choć pochylone, biodra jeszcze więcej rozrośnięte i cały szkielet tej kobiety, szkielet olbrzymki, niedający się zwalczyć ani moralnemu, ani fizycznemu cierpieniu, doprasza się koniecznie jednego tylko słowa — „Kariatyda”.

Ponad nią, ponad tą gnębioną ciężkimi warunkami powszedniego bytu Kariatydą, wznosi się szmat nieba szarego, bezbarwnego jak całe życie tej istotnej nędzarki. Czym jest i dokąd dąży podobne jej stworzenie? Jakiż cel nakreślono tam w górze istnieniu tej kobiety wiecznie głodnej, zziębniętej i zmęczonej nadmiarem pracy?

I oczy jej z wyrazem wielkiego smutku błądzą po szarych murach domu i wybiegają wreszcie na rozległy plac spowity w biały całun, a kończący się długim budynkiem, nazwanym Tandetą.