Czarne bariery odgraniczające miejsce, na którym się mustrują żołnierze, z dziwną dokładnością rysują się na białym tle śniegu. Żółte mury koszar wznoszą się poważnie z tej puchowej bieli, a wał kolejowy, osrebrzony śniegiem zatacza swą drogę w śmiałym półkolu.

Kaśka zna dobrze to wszystko! Och, nieraz patrzyła na przebiegające pociągi, a Jan tłumaczył jej, czy to sznelcug, czy bombelcug nadchodzi.

Wydało się to jej wtedy bardzo ładne i bardzo wesołe, a świst zbliżającej się lokomotywy wywabił ją nieraz z kuchenki. I ot, teraz nadchodzi właśnie „towarowy” z niezliczoną ilością wagonów. Wlecze się jak olbrzymi wąż, a turkot kół najdokładniej słychać.

Kłęby pary wznoszą się w powietrze i, zda się, marzną w zimnej atmosferze. Kaśka ze ściśnionym sercem patrzy na przelatujący pociąg! Miły Boże! Gdy szedł „towarowy”, Jan zwykle wychodził na dziedziniec i szybko liczył ilość wagonów. Bywało ich nieraz do pięćdziesięciu ba! czasem i więcej. Kaśka nie mogła wtedy wyjść z podziwu, jak jedna maszyna może tyle wagonów uciągnąć naraz, ale Jan zapewniał ją, że to rzecz nienadzwyczajna. Ba! On by sam to potrafił, gdyby zechciał. To szyny „bestie” wszystko, według niego, robią; szyny to ci same koła pchają, a zdrowy chłop uciągnie tak jak maszyna, a czasem i więcej. Kaśka dziwiła się bardzo tak wielkiej sile Jana i zapewniła, że ona by nigdy się nie odważyła na podobną próbę nawet z pomocą szyn.

Jan śmiał się swym szczerym, serdecznym śmiechem, a wyciągając żylaste ręce, odwijał rękawy koszuli dla pokazania Kaśce, jakie ma silne muskuły.

Było im wtedy bardzo wesoło i Kaśka czuła się bardzo szczęśliwa.

Teraz Jan nie wychodzi już na dziedziniec, choć słyszy dobrze gwizd lokomotywy. Nie lubi długo jednej i tej samej rozrywki, tak jak nie może znosić jednego rodzaju wódki. Potrzebuje zmiany, w czym zresztą nie wyróżnia się od wszystkich mężczyzn.

Kaśka wszakże, wierna dawnemu zwyczajowi, smutnymi oczami spogląda na znikający w oddaleniu pociąg. Chciała przeliczyć wagony, ale nie mogła. Za prędko biegły, a przy tym ścisnęła ją żałość tak wielka, że w oczach się jej zaćmiło. Mimo woli obraca głowę, szukając Jana i spostrzega go w zagłębieniu bramy rozmawiającego z jakąś kobietą.

Nie jest to wszakże Marynka, ani żadna ze służących zamieszkujących kamienicę. Kaśka zna tę głowę i plecy proste jak deska, które, okryte jasnym perkalowym stanikiem, migoczą na tle sieni. Tak! Kaśka się nie myli, to ona! To Rózia przychodzi ją szukać, może przeprosić za wyrządzoną niesłusznie krzywdę.

I niepomna doznanej urazy, podchodzi szybko ku przyjaciółce zasięgającej widocznie bliższych informacji u Jana, jako stróża. Rózia odwraca swą płaską twarz i patrzą tak chwilę na siebie, nie mówiąc ani słowa. Kaśka pierwsza wyciąga rękę i serdecznym, poczciwym głosem wita Rózię, dziwiąc się zmianie, jaka zaszła w tej dziewczynie.