Ona wszakże nie zwraca baczniejszej uwagi na Jana. Zapewne — rosły i tęgi mężczyzna, ale ona ma teraz co innego na głowie: rada by jak najprędzej być już w kuchni u Kaśki. I odwraca się szybko, zakrywając ciągle podbite oko zsiniałą ręką.
Ale Jan nie daje tak łatwo za wygraną. Z głośnym śmiechem obserwuje, że „pannie musiał ktoś nadeptać na oko”, ale on zna niezawodne lekarstwo w postaci kieliszka waniliówki.
— Mocna wódka, tęga, a mimo to damska — dodaje z pewną galanterią, uśmiechając się dwuznacznie.
Widząc przecież, że wszystkie zaproszenia nie odnoszą żadnego skutku, trąca Kaśkę, aby ona poparła jego prośbę.
— Ty! Zaprośże, głupia, pannę, pójdziemy na kieliszek!
Rózia, słysząc to, spogląda na Kaśkę. Ten kułak, ta nazwa „głupia”, toć dowodzi już bliskiej znajomości. Miałażby Kaśka przejść już przez to? Byłżeby to jej kochanek?
I z ciekawością zaczyna się przyglądać Janowi, nie ma jednak czasu do dalszych obserwacji, bo Kaśka nagle porywa się z miejsca i pociąga za sobą przyjaciółkę.
— Pójdziemy do kuchni! Ogrzejesz się!
I przeszedłszy przez dziedziniec, obie znikają w ciemnym wnętrzu klatki schodowej. Chwilę jeszcze stał Jan, wpatrzony w miejsce, które przed chwilą zajmowała Rózia.
Swoją drogą — dobrze się stało, że nie zgodziły się pójść z nim na kieliszek. Obie były nadto obszarpane i brudne. Nie miały nawet ciepłych chustek, a Jan już jak kogo ze sobą prowadzi, to nie może znów psu oczów zaprzedać. Tylko, że ta nieznajoma dziewczyna wydała mu się dość przyjemna, pomimo podsiniałego oka i zaszarganej sukni. Musi mieć jakiegoś diabła w skórze, bo Janowi mrowie chodzi po żyłach, jak sobie ją przypomni. To są takie kobiety! O, trafiają się, choć nieczęsto — od razu coś ciągnie i krew burzy. Jan już znał takie dziewczyny, nic w nich nie ma na pozór, bo to chude i mizerne, ale zbliżyć się do nich — już człowiekowi dziwnie się robi.