O swej urazie już zapomniała; widzi przyjaciółkę nieszczęśliwą, zgłodniałą, obdartą — to jej wystarcza. I w nagłym uniesieniu porywa swą zniszczoną, podartą chustkę, jedyne swe przed zimnem okrycie, a zarzucając na szpiczaste ramiona Rózi, mówi dobrym, pełnym uczucia głosem:

— Na28! Ogrzej się!

Ale Rózi jest teraz ciepło zupełnie. Teraz tylko pragnie mówić. Gorąca esencja rozgrzała jej gardło — i cały potok zamarzniętych słów przepełnia jej usta. Czyni więc sobie ulgę, zaczynając swą spowiedź od słów:

— Wiesz, ten psubrat wygnał mnie.

Wygnał ją?

Dobrze, ale kto? Kaśka tego zrozumieć nie może. Któż mógł wygnać Rózię z jej własnego mieszkania? Przecież to ona płaciła komorne, a sprzęty także były jej własnością. I pełna naiwnego zdziwienia zapytuje:

— Kto cię wygnał? Dlaczego?

Rózia niecierpliwie wzrusza ramionami.

— A któż, jak nie ten włóczykij, ten utrapieniec, to boże pomiotło, ten rabuśnik Feliks. Wygnał mnie i obił. O pobicie — to mniejsza, ale stancję zaparł i nazad wetknąć się nie mogę.

Kaśka z wielkiego zdumienia aż przysiadła na ziemi. Więc do tego doszła zuchwałość tego mężczyzny, żeby aż w mróz swoją kochankę na dwór wypędzał? Jakże się to stało?